Reklama

Wiadomości

Od radości do świadectwa

Z dziennikarzem i podróżnikiem Wojciechem Cejrowskim rozmawia Mikołaj Wyrzykowski

Niedziela Ogólnopolska 24/2015, str. 20-22

[ TEMATY ]

wywiad

Cejrowski

Archiwum Wojciecha Cejrowskiego

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

MIKOŁAJ WYRZYKOWSKI: – Stand-up jest formą, w której występujący co kilka zdań musi wywołać salwę śmiechu publiczności. Co Pana najbardziej pociąga w takim rodzaju występu?

WOJCIECH CEJROWSKI: – Och, nie wiem. Amerykańscy komicy mnie rozśmieszają, a polski kabaret dużo rzadziej. Kiedy studiowałem w USA, dorabiałem sobie, występując w knajpie dla stand-uperów. To pociągające i ryzykowne – samotny człowiek z mikrofonem, bez rekwizytów, opowiada prawdziwe zdarzenia i co chwilę ma być salwa śmiechu. W Polsce kabaret polega na tym, że ktoś pisze skecz, a potem artysta wciela się w wymyśloną postać i odgrywa scenkę. Postać jest zawsze przerysowana, przesadzona. Amerykański komik opowiada historie prawdziwe, niezmyślone. Mnie to pociąga bardziej. To odważniejsza forma – nie zasłaniam się gitarą i piosenką, nie zasłaniam się kolegą ani rekwizytem. Różnica jest taka: jedni lubią paprykę słodką, łagodniejszą, a inni te małe, ostre papryczki. Ja wolę ostre, czyli stand-up.

– W wielu rozmowach opowiada Pan o potrzebie codziennego wyznawania wiary. Czy, Pana zdaniem, radość i wiara są ze sobą powiązane?

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

– Niekoniecznie w taki prosty sposób, że skoro się modlę, to zaznam radości. Być może całe moje życie będzie pasmem nieszczęść, znoju, smutku i zgryzoty, jesteśmy w końcu na tym „łez padole”, ale mamy obiecany raj. To w ten sposób wiara jest powiązana z radością. Być może jednak na naszą radość trzeba będzie poczekać aż do czasu po śmierci. Osoby wierzące są statystycznie radośniejsze dzięki temu, że wierzą w istnienie radości wiecznej.

– Po odwiedzeniu 60 krajów na całym świecie jakie dostrzega Pan różnice w radosnym wyznawaniu wiary?

– Nie bardzo wiem, o co konkretnie Pan pyta... Czym innym jest radosny, ale jednocześnie subtelny uśmiech św. Siostry Faustyny, a czym innym wrzaskliwe wybuchy radości w kościołach Ameryki Łacińskiej czy Afryki. Msza św. to nie są imieniny u kochanej cioci czy u ulubionego kumpla, lecz coś w rodzaju dostojnego obiadu u brytyjskiej królowej – tak myślę. Podskoki i radosne wrzaski są odpowiednie na pielgrzymce, ale już nie w trakcie Mszy św. w kościele. Tak uważam, ale jestem w tej opinii odosobniony. Dlatego szukam kościołów, gdzie proboszczowie szanują przepisy liturgiczne i kanony w zakresie zachowań, stroju, muzyki, tekstów pieśni. W Polsce wciąż łatwo mi to znaleźć, w Amerykach jest to prawie niemożliwe. Powszechne jest np. to, że zmienia się tekst hymnu „Gloria” lub tekst wyznania wiary tylko po to, by słowa dopasowały się do jakiejś radosnej nieliturgicznej melodii. W Peru modne jest śpiewanie w kościołach na melodię przeboju „El condor pasa”, na Puerto Rico śpiewają do rytmu salsy. Kocham salsę, ale nie w kościele.

– Nieraz mówił Pan o odważnym ewangelizowaniu. Wiele osób słucha Pana programów i występów. Jak stara się Pan łączyć wykorzystywanie swojego talentu z ewangelizacją?

Reklama

– Jak? Przede wszystkim zawsze i wszędzie, co oznacza, że nie uznaję takiej np. argumentacji, że w kościele nie powinno się mówić o polityce. Ja żądam, żeby się mówiło! Polityka to rzecz ważna, mająca wpływ na moje życie rodzinne, społeczne, religijne. Nauczanie Kościoła powinno obejmować wszystkie dziedziny życia, nie powinno wykluczać żadnej. A polityka powinna zawierać w sobie ryt chrześcijański, inaczej staje się groźna. No więc ewangelizacja ma być obecna zawsze i wszędzie. W mojej pracy pamiętam też o tym, że talenty dostałem od Boga. Owszem, pracuję nad nimi, staram się nie zmarnować ich i rozwijać je, ale zdolności są darem, a nie zasługą mojej pracy. Dostałem te zdolności w jakimś celu. Całe moje szczęście w życiu też dostałem w jakimś celu. A celem tym jest zbawienie mojej duszy oraz w miarę moich możliwości także innych dusz, na które mogę mieć wpływ. Szukam więc tego wpływu. Chcę, by moje książki były tak dobre, żeby wziął je do ręki nawet wróg Kościoła, jakiś potwór komunista, żeby zachwycił się formą, a przy okazji natknął się na treści wynikające z Ewangelii.
„Boso przez świat” oglądają wszyscy i wszystkim się podoba. Dostaję listy: „nienawidzę Pana poglądów, ale z wielkim zainteresowaniem czytam i oglądam Pana twórczość...”. O to właśnie mi chodzi. To jest ewangelizacja podkorowa, to jest oswajanie katolicyzmu, bo przecież „ten WC to jest katol, a ja go lubię, choć normalnie nie cierpię katoli”...

– Wiele razy wyruszał Pan na wyprawy do Amazonii w poszukiwaniu ludów pierwotnych, nieskażonych naszą cywilizacją. W jaki sposób podczas tych podróży doświadczał Pan spotkania z Bogiem?

– Czasami takich spotkań nie ma. Modlimy się poprawnie, chodzimy do kościoła, odmawiamy pacierze, czytamy Biblię, a spotkań nie ma. Innym razem siedzi człowiek na łodzi, rzeka płynie, zwija się w kolejnych zakrętach pierwszy tydzień, zwija się drugi tydzień, a ja siedzę na dziobie mojej łodzi jak św. Antoni Pustelnik i mam wrażenie fizycznej obecności Boga ze mną.

– Wyprawy do Ameryki Południowej nie zawsze były bezpieczne. W momentach zagrożeń nie stracił Pan ani razu wiary, że Bóg prawdziwie nad Panem czuwa?

– No co Pan? Jak to stracił? W sytuacji zagrożenia wiara zawsze mocno wzrasta – „kiedy trwoga, to do Boga” (śmiech). Kiedy mnie pytają, jak sobie radzę ze strachem, odpowiadam: „jadę na Różańcu”. Kiedyś mój indiański przewodnik zgubił się w puszczy. Błąkaliśmy się przez kilka dni bez orientacji, dokąd iść – cały czas „jechałem wtedy na Różańcu”. Kiedy samolot wpada w turbulencje – „jadę na Różańcu”. Mam taki specjalny, z papieskim przywilejem Benedykta XVI na wypadek nagłej śmierci. Wystarczy go wtedy z wiarą trzymać w dłoni i otrzymuje się łaski jak przy spowiedzi i namaszczeniu chorych.

Reklama

– Odwiedził Pan wiele znanych miejsc pielgrzymkowych. Do których z nich lubi Pan najbardziej wracać i dlaczego?

– Najczęściej wracam do Guadalupe w Meksyku, gdzie Matka Boża objawiła się po raz pierwszy. Całe wieki przed Fatimą i innymi miejscami uznanymi przez Kościół. Staram się tam być raz w roku. Od wielu lat prowadzę tam pielgrzymki Księży Marianów, czasami też inne wyjazdy. Kilka tygodni temu pojechałem tam z moim najlepszym operatorem – panem Józefem Szymurą, który nakręcił najwięcej odcinków „Boso przez świat”. Modliliśmy się pod autoportretem Matki Bożej całą niedzielę, a potem polecieliśmy dalej w świat kręcić filmy.
Drugim miejscem, do którego wracam, gdy tylko jest mi po drodze, jest Jasna Góra nocą. Zwykle zatrzymuję się tam dyskretnie w drodze powrotnej z jakiegoś występu, czyli w środku nocy, kiedy jest spokojnie, nie ma tłoku, nie ma „radosnego wrzasku”, jest za to sacrum ciszy.

– W czasie podróżowania spotyka się wielu ludzi. Z niektórymi zamienia się parę słów i odchodzi, inni zostają w pamięci. Doświadczył Pan takiego spotkania, które coś w Panu zmieniło, wzmocniło Pana wiarę?

Reklama

– Wiarę najbardziej wzmacniają moje publiczne spotkania z wrogami Kościoła. Staję w telewizji do spotkania z jakimś „lekarzem”, który zabija dzieci w łonach matek, i wtedy Bóg mi przymnaża wiary, wtedy czuję jej napływ. Była taka niesławna noc pod Pałacem Namiestnikowskim w Warszawie, kiedy pijany tłum szydził z krzyża, z Kościoła, z wiernych. Poszedłem tam w grupie, która miała otoczyć ten tłum i modlić się za jego plecami na różańcu. Tylko ja w tej naszej grupie partyzantów różańcowych miałem znaną gębę. Nie było więc sensu, bym stał z tyłu – wszedłem w sam środek, uniosłem mój różaniec wysoko i modliłem się tak przez kilka godzin tuż pod sceną, z której płynęły bluźnierstwa. Zboczeńcy podchodzili robić sobie przy mnie obraźliwe zdjęcia, tłum szydził, zaczepiał, a ja odmawiałem Różaniec; wiele razy w kółko. Tamtej nocy miałem mocną wiarę, a na co dzień jest ona słabsza. Bóg daje doładowanie, kiedy jest potrzebne. Skoro wiara jest darem, to chyba ma się jej tyle, ile Pan Bóg akurat wręczy, a potem ona nam stale wycieka przez palce i trzeba dostać znowu... doładowanie.

– Często oglądam Pana program „Boso przez świat”. Skąd wziął się pomysł, aby podróżować na bosaka?

– Wśród Indian chodzę tak jak oni, czyli boso. Buty są niedobre, nawet kiedy są najlepsze. W bucie jest ciemno, ciepło i wilgotno, czyli panuje tam klimat dobry dla grzybów i pleśni. Dlatego Indianie nie noszą butów. Bywa, że na polowanie zakładają kalosze, bo wąż nie jest w stanie przegryźć gumy, ale normalnie chodzą boso. Kiedy się chodzi boso, podeszwa stopy robi się twarda. Żeby utrzymać tę twardość, po powrocie do Polski nadal chodzę boso wszędzie, gdzie się da. To trochę dziwacznie wygląda, ale jednocześnie jest intrygujące i prawdziwe. Skoro prywatnie chodziłem boso, to uznaliśmy, że w moich filmach dokumentalnych powinienem to zachować. Skoro prywatnie noszę pstrokate koszule, uznaliśmy, że w filmie też powinienem. Dużo łatwiej się żyje, gdy człowiek jest na ekranie prawdziwy, taki sam jak w życiu, integralny, od wyglądu począwszy, na poglądach skończywszy.

– Ostatnią książką Pana autorstwa jest „Wyspa na prerii”. Opowiada w niej Pan o życiu na ranczu w Arizonie, dużo pisze Pan o cechach mieszkających tam ludzi i o wartościach, którymi się kierują. Jakie wartości są dla Pana najważniejsze?

– Eee... wie Pan, ja mam nadzieję, że to nie jest moja ostatnia książka, lecz najnowsza (śmiech). Już mnie Pan do grobu wsadza?
A co do wartości – to najważniejsze są dla mnie wartości chrześcijańskie. Jedynym celem życia jest zbawienie duszy. Wszystko inne to środki, a nie cele. A moi sąsiedzi – kowboje z Arizony – to uroczy lud. Żyją wartościami, które może Pan znać z westernów. Modlą się przed każdym posiłkiem, wstają, kiedy wchodzi kobieta, bronią rodziny ze strzelbą w ręku i za cenę własnego życia, a do tego są radośni – i zdaje mi się, że zatoczyliśmy w tej rozmowie koło, gdyż od wiary i radości zaczynał Pan pytać (śmiech).

* * *

Wojciech Cejrowski
znany polski dziennikarz, podróżnik, satyryk oraz autor książek. Jego ulubioną formą występów scenicznych jest stand-up, który przywiózł do Polski z Ameryki. Taki występ znacznie różni się od kabaretu – w centrum uwagi jest tutaj jedna osoba, która samotnie wychodzi na scenę, bez przebrań czy rekwizytów, i przez ponad godzinę opowiada historie wzięte ze swojego życia tak, aby publiczność co chwilę się śmiała. 18 maja br. Wojciech Cejrowski wystąpił w Toruniu ze stand-upem pt. „Prawo dżungli”.

2015-06-09 13:32

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Można pomagać i tak...

Niedziela legnicka 38/2019, str. 6

[ TEMATY ]

wywiad

Monika Łukaszów

Ks. Tomasz Metelica

Ks. Tomasz Metelica

Na rynku wydawniczym pojawiła się książka „Bunt”. Autorem tej publikacji jest ks. Tomasz Metelica, kapłan diecezji legnickiej, student Papieskiego Uniwersytetu w Rzymie. Jak mówi, powieść powstała z potrzeby serca, a cały dochód z jej sprzedaży zostanie przeznaczony na pomoc choremu dziecku. O książce i chęci pomagania innym z ks. Tomaszem rozmawia Monika Łukaszów

MONIKA ŁUKASZÓW: – Napisał Ksiądz książkę zatytułowaną „Bunt”. O czym jest ta książka?
CZYTAJ DALEJ

Anna Golędzinowska: codziennie błagam Pana Boga, żeby została w moim sercu łaska wiary

2026-07-10 21:46

[ TEMATY ]

Ania Golędzinowska

Agata Kowalska

Anna Golędzinowska

Anna Golędzinowska
Anna Golędzinowska urodziła się w 1982 r. w Warszawie. Marząc o karierze, wyjechała do Włoch, gdzie padła ofiarą oszustwa i była zmuszana do pracy w nocnych klubach. Gdy udało jej się uciec, zeznawała przeciwko członkom grupy przestępczej handlującej żywym towarem i tym samym przyczyniła się do ich aresztowania i skazania. Od tej pory jej kariera we Włoszech nabrała tempa. Anna Golędzinowska pracowała jako modelka, aktorka i prezenterka telewizyjna. Media włoskie i polskie rozpisywały się na temat kulisów jej życia, w którym z czasem pojawiły się: alkohol, narkotyki i przypadkowy seks. W pewnym momencie postanowiła zmienić swoje życie. Zrezygnowała z kariery, zamieszkała w Medjugorie. Dziś spotyka się z młodymi ludźmi na całym świecie, opowiadając historię swojego życia i dając świadectwo tego, gdzie należy szukać prawdziwego szczęścia. Anna Golędzinowska jest m.in. autorką książek: „Ocalona z piekła. Wyznania byłej modelki” oraz „Z ciemności do świata”. Ostatnio ukazała się jej kolejna książka „Twarzą w twarz z diabłem”. To osobiste świadectwo sześcioletniej, udokumentowanej walki o uwolnienie i autentycznych egzorcyzmów prowadzonych na Ani przez o. Gabriele Amortha, o. Cipriano de Meo i ks. Antonio Mattatellego.
CZYTAJ DALEJ

Wrocław upamiętnił ofiary ludobójstwa na Wołyniu

2026-07-11 14:27

Magdalena Lewandowska

Pod pomnikiem-mauzoleum ofiar ludobójstwa na Wołyniu odbył się apel pamięci, złożono też kwiaty i znicze.

Pod pomnikiem-mauzoleum ofiar ludobójstwa na Wołyniu odbył się apel pamięci, złożono też kwiaty i znicze.

– Jedno i drugie – pamięć o ofiarach Wołynia, jak i wsparcie dla walczącej z Rosją Ukrainy – jest dzisiaj obowiązkiem polskiego patrioty – mówi Kamil Dworaczek, dyrektor IPN Wrocław.

W 83. rocznicę "Krwawej Niedzieli" pod pomnikiem-mauzoleum polskich obywateli II Rzeczpospolitej Polskiej pomordowanych na Kresach Południowo-Wschodnich pomiędzy 1939 a 1947 rokiem upamiętniono ofiary ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów. Obecni byli przedstawiciele władz państwa, miasta, województwa, Wojsko Polskie, instytucje zajmujące się pamięcią, środowiska kombatanckie, kresowe i wrocławianie. Odbyła się także ekumeniczna modlitwa w intencji ofiar, w której wziął udział ks. Piotr Żuber, kanclerz wrocławskiej kurii – wspólnie modlili się przedstawicieli Kościoła rzymskokatolickiego, prawosławnego, ewangelicko-augsburskiego oraz greckokatolickiego. Po zakończeniu uroczystości państwowych w kościele NMP na Piasku Mszy św. w intencji ofiar ludobójstwa przewodniczył ks. Marian Rybczyński SDS z parafii Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej w Siekierowicach
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję