Sąd, rozpatrując wniosek o zastosowanie tymczasowego aresztu, musi mieć dostęp do całości materiału dowodowego, którym dysponuje prokuratura. To nie jest kwestia uznaniowa ani „dobrej woli” sędziego, lecz wymóg wynikający wprost z kodeksu postępowania karnego. Niby drobiazg, ale gdy podważany, urasta do rangi Dużego Sporu. Gdyby sprawa nie dotyczyła znanego polityka prawicy, to żaden prawnik nie podważałby rzeczywistości, w której jeżeli materiał jest niepełny, to sąd nie tylko może, ale wręcz musi wstrzymać się z decyzją. W przeciwnym razie odpowiadałby za rozstrzygnięcie podjęte bez pełnej wiedzy.
W tej konkretnej sprawie problem nie polega więc na tym, że sąd „nie chciał” podjąć decyzji, lecz na tym, że nie miał ku temu wystarczających podstaw. To zasadnicza różnica. Odpowiedzialność za taki stan rzeczy nie spoczywa na sędziach, lecz na tych, którzy wniosek przygotowali i zdecydowali się wystąpić z nim w określonym momencie.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
A prawdziwy ogólny problem tkwi w tym, że prokuratura kieruje się nie tym, czym powinna, tylko chęcią dogodzenia jedynowładcy, premierowi, który miał dostać prezent pod choinkę i „temat do rozmów przy wigilijnym stole” dla wyborców. Skończyło się na rózdze.
Mieszanka
Niepokojąca jest w tym wszystkim ta łatwość, z jaką część debaty publicznej próbuje przenieść ciężar odpowiedzialności z procedury na politykę. Zamiast pytania, czy wszystko zostało przygotowane zgodnie z prawem, pojawia się sugestia, że sam fakt braku decyzji jest dowodem złej woli albo braku niezależności sądu. Taka logika odwraca porządek państwa prawa.
W demokratycznym systemie sąd nie jest od realizowania oczekiwań władzy ani opinii publicznej. Jest od stosowania prawa – nawet wtedy, gdy to prawo komplikuje polityczne plany. Jeśli zaczniemy traktować procedurę jako przeszkodę, a nie gwarancję, szybko okaże się, że problemem nie jest jeden wyrok czy jedno postanowienie, lecz sam sens istnienia niezależnego wymiaru sprawiedliwości.
