ANNA GŁOS: – Z jakiej części Kresów pochodzi Pani rodzina?
IWONA KRUSZEWSKA: – Z miasteczka Miadzioł, w powiecie Postawy, w województwie wileńskim. Tam w 1894 r. przyszedł na świat mój dziadek Andrzej Sidorowicz, a w czerwcu 1939 r., jeszcze w wolnej Polsce, moja mama Klara. Dziadek z zawodu był fotografem, od 1919 r. do 1939 r. prowadził własny zakład fotograficzny w Miadziole. Rodzina posiadała dość duży majątek: oprócz zakładu – las, łąkę, kilka nieruchomości w mieście. Wszystko to bezpowrotnie przepadło w 1940 r.
– W czerwcu 1940 r. funkcjonariusze NKWD przyszli w nocy, kazali się dziadkowi spakować i opuścić dom. Później razem z rodziną wywieziono ich bydlęcymi wagonami do Jungi-Jul blisko Taszkientu w Uzbekistanie. W tym czasie dziadek był już wdowcem, mama miała roczek. Razem ze swoją mamą i siostrą, starszym synem, który później zaginął, oraz malutkim dzieckiem dziadek znalazł się w obcym kraju jako więzień, nie rozumiejąc do końca, dlaczego taki los spotkał jego rodzinę. W Jungi-Jul umieszczono zesłańców w obozie, a dziadka skierowano do wyniszczającej pracy w kopalni. Warunki życia były tragiczne. Ludzie masowo umierali z powodu chorób i głodu, wyniszczeni dodatkowo brudem, wszami i pluskwami. To cud, że w tych warunkach mama przeżyła. Później wspominała, że jej ciało pokryte było wrzodami i ranami, chodziła w łachmanach, ciągle głodna. Myślę też, że bez matki czuła się bardzo samotna, chociaż o tym nie mówiła.
– Dalsze losy rodziny pewnie też nie były zbyt szczęśliwe?
– W Jungi-Jul wiosną 1942 r. był sztab organizowanej od połowy 1941 r. armii polskiej, do której wstąpił dziadek. Pełnił w niej służbę jako fotograf. W 1942 r. wyjechał z armią gen. Władysława Andersa najpierw do Persji, Teheranu, a stamtąd do Afryki Wschodniej. Dziadek dokumentował na swoich zdjęciach codzienne życie oraz niezwykłe wydarzenia w armii Andersa. Zdjęcia wojnę przeżyły, ale czasów komunistycznych już niestety nie. Wyjeżdżając z Jungi-Jul, dziadek zostawił tam swoją mamę, siostrę i córeczkę. Były zbyt słabe i chore, by z nim jechać. Babcia zmarła w tym samym roku, moja mama przeżyła, chociaż do 1948 r. dziadek o tym nie wiedział.
– A co się działo z Pani rodziną po wojnie?
– Mamę z ciocią deportowano w 1945 r. do Polski. Wkrótce odebrano ją cioci i umieszczono w sierocińcu. Tam w 1948 r. odnalazł ją za pośrednictwem Polskiego Czerwonego Krzyża brat mojego dziadka i zabrał do siebie. Dziadek na wieść, że jego córka żyje, w 1949 r. przyjechał z Afryki do Polski i zamieszkał z Klarą w Karpaczu. W 1950 r. powrócił do swojego ukochanego zawodu i otworzył w Kowarach zakład fotograficzny. Uczył moją mamę sztuki robienia zdjęć i zaraził pasją fotografowania.
Reklama
– Pani dziadek przeszedł szlak z armią Andersa. Jak na ten fakt patrzyły władze PRL-u?
– W 1952 r. w domu dziadka odbyła się rewizja, podczas której zniszczono wiele cennych pamiątek. Dziadka aresztowano, przepadł bez wieści. Moja mama jako 13-letnia dziewczyna odważyła się napisać w tej sprawie list do Bolesława Bieruta. Może dzięki temu po kilku miesiącach dziadka zwolniono. Ostatnie lata życia spędził w Chocianowie na Dolnym Śląsku. Pozostawił cenną pamiątkę: relikwiarz św. Stefana, który ocalił i wywiózł z kościoła zrujnowanego przez Sowietów w rodzinnym Miadziole. Relikwiarz towarzyszył mu podczas wojennej tułaczki, a po niej został przekazany chocianowskiej parafii pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.
– W najbliższych dniach minie 5. rocznica śmierci Pani mamy. Jak wyglądało jej dorosłe życie?
– Wyszła za mąż i zamieszkała w Toruniu. Pracowała w zakładzie fotograficznym Czesława Jarmusza (wieloletniego współpracownika „Głosu z Torunia”, przyp. red.) i Zygmunta Sumińskiego. Prowadziła też własne niewielkie studio fotograficzne w domu. Kochała fotografowanie, była mistrzynią w tej profesji, kolekcjonowała aparaty fotograficzne. Należała do Związku Sybiraków w Toruniu, w 2005 r. została odznaczona Krzyżem Zesłańca Sybiru, przyznawanym przez Prezydenta RP osobom represjonowanym. Odeszła 21 lipca 2010 r. żegnana przez rodzinę i liczą grupę przyjaciół ze Związku Sybiraków. Szczególnie wzruszająca była chwila, kiedy nad grobem mamy zabrzmiał hymn Sybiraka. Rozpoczęła swoje życie jako mały Sybirak i zakończyła je wśród współbraci niedoli.
Z Edmundem Muszyńskim i Mirosławem Widlickim o nowym szturmie na PAST-ę i walce o ideały Armii Krajowej rozmawia Wiesława Lewandowska
WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Jest Pan, Panie Prezesie, jednym z nielicznych już, niestety, przedstawicieli pokolenia Armii Krajowej...
EDMUND MUSZYŃSKI: – Jednym z ostatnich i coraz bardziej bezsilnych, nie tylko z powodu stanu zdrowia. Bardzo martwi mnie stan naszego AK-owskiego środowiska. Choć jest w nim wciąż jeszcze wielu ludzi prawdziwych, doskonale czujących przesłanie Armii Krajowej, to jestem bardzo zniesmaczony postawą tych, którzy od kilku już lat decydują o naszym Światowym Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Tak naprawdę trudno mi powiedzieć, kim są ci ludzie, bo na pewno nie rozumieją słów: „Bóg, Honor i Ojczyzna”.
– Kim zatem są dzisiejsi członkowie Światowego Związku Żołnierzy AK?
MIROSŁAW WIDLICKI: – W ostatnich latach rzeczywiście coraz trudniej to określić. I takie pytania zadają nam członkowie terenowych kół AK. Sprawa była oczywista w latach 90. ubiegłego wieku, gdy żyło jeszcze wielu dowódców AK, gdy wszyscy dobrze się znali i na ogół znali swoją przeszłość. Po 2000 r. szeregi poszerzały się o wolontariuszy – takich jak ja – niekombatantów, ale przybywało też członków kombatantów, których nie miał kto weryfikować i którzy następnie trafiali do władz różnych szczebli, również do Zarządu Głównego.
– Czy częste są dziś życiorysy AK-owskie niedostatecznie uwierzytelnione?
M. W.: – To przykre, ale krążą takie opinie, a te przypadki, nawet jeśli nie są zbyt częste, to i tak podważają wiarygodność całego związku. Poza tym w ostatnich latach, w czasach docierającej do nas liberalizacji, można zaobserwować odchodzenie związku od swoich ideałów. Gdy pan prezes Muszyński napisał piękną „Preambułę” do naszego statutu (aby przeciwstawić się tej liberalizacji), wywołało to protesty, Zarząd Główny przegłosował odrzucenie „Preambuły”.
– Dlaczego?
M. W.: – Dlatego, że była zbyt „bogoojczyźniana”, a teraz to nie na czasie. Dwadzieścia lat temu taka reakcja byłaby nie do pomyślenia. Bardzo więc stępiła się ta szczególna czujność, nawet w ludziach powołujących się na etos AK, a niedługo już nie będzie tych, którzy dziś starają się tę czujność budzić...
– Światowy Związek Żołnierzy AK stara się jednak przekazać swą wartę następnemu pokoleniu, poprzez tzw. członków nadzwyczajnych...
M.W.: – Ludzie młodsi, niekombatanci, jeśli deklarują przywiązanie do wartości i etosu Armii Krajowej i chcą czynnie i całkowicie bezinteresownie pracować w związku, by zaszczepić ten etos szczególnie w młodym pokoleniu, otrzymują status członka nadzwyczajnego – bez praw wyborczych. Po roku działalności i pozytywnej opinii prezes okręgu ma prawo nadać im status członka zwyczajnego – z prawami wyborczymi, lecz oczywiście bez uprawnień kombatanckich. Taki właśnie status ja posiadam. Mimo że jestem z młodszego pokolenia, to podobnie jak pan prezes Muszyński ubolewam nad odchodzeniem (mam nadzieję, że to wyjątki) od Boga, ale i z honorem jest różnie.
E. M.: – Niedawno byłem bardzo zdumiony tym, że kilka osób przyjęło medale zasługi od... prezydenta Niemiec. Choć tego nie nagłaśniano.
M. W.: – Prezydent Niemiec wręczył te odznaczenia powstańcom warszawskim, odpowiednio dobranym członkom naszego związku. Naszym zdaniem, przyjmowanie ich było co najmniej dwuznaczne moralnie i mogło budzić niesmak.
E. M.: – Ja z zasady odmawiałem przyjmowania odznaczeń. Przyjąłem tylko Krzyż Armii Krajowej i Krzyż Partyzancki.
– Kiedy, Panów zdaniem, zaczęły się te „budzące niesmak” zmiany?
E. M.: – Moim zdaniem, widać je wyraźnie od czasu, gdy w Polsce zaczęli rządzić liberałowie, czyli Platforma Obywatelska. Wcześniej nikt w naszym środowisku nie ośmielał się kwestionować wartości, z których wyrasta etos AK. Nagle okazało się, że wszystko można wyśmiać, nawet splugawić, a w najlepszym razie przemilczeć.
M. W.: – Dwa lata temu pewna szkoła przyjęła imię jednego z naszych bohaterów lotników i... na jej sztandarze zabrakło słowa „Bóg”, jest tylko „Honor i Ojczyzna”. Komuś przyszło do głowy, żeby tak ocenzurować sztandar.
– Pytaliście, dlaczego tak się stało?
E. M.: – Nie miał kto zadać tego pytania, bo na uroczystość nawet nas nie zaproszono. Może dlatego, że byśmy tam tylko przeszkadzali jako strażnicy „przestarzałych wartości”.
M. W.: – Po prostu atmosfera poprawności politycznej trafiła pod strzechy. Decyzję w tej konkretnie sprawie najprawdopodobniej podjęli sami nauczyciele tej szkoły, może rodzice, a w najmniejszym stopniu młodzież.
– Kłopoty z wypełnianiem misji ŚZŻAK nie polegają więc dziś tylko na tym, że odchodzą już ci, którzy swym życiem zaświadczali, czym jest hasło: „Bóg, Honor i Ojczyzna”...
M. W.: – Faktem jest, że jeszcze kilkanaście lat temu, kiedy wśród nas była większa liczba dowódców o niekwestionowanym autorytecie, łatwiej było wypełniać tę patriotyczną misję w obronie najważniejszych polskich wartości.
E. M.: – Istotnie, od kilkunastu lat nie tylko na tym polegają nasze kłopoty. Wystarczy tu przypomnieć perturbacje z zakładaniem Fundacji Polskiego Państwa Podziemnego, która miała być materialną bazą dla działalności ŚZŻAK. Kiedy zaczynaliśmy powoływać fundację w roku 1998, było jeszcze całkiem uczciwie...
– Co to znaczy?
E. M.: – Założycielami fundacji mieli być pospołu Światowy Związek Żołnierzy AK i warszawski Urząd Wojewódzki. W końcu jednak jedynym fundatorem został nasz związek. Tak się złożyło, że wybrano mnie na pierwszego prezesa fundacji. To było w czasie, kiedy kończyły się rządy Jerzego Buzka, a AWS tracił poczucie bycia partią uczciwą. Przygotowałem wtedy projekt statutu, potem kolejne, których z jakiegoś powodu długo nie chciano zaakceptować w Krajowym Rejestrze Sądowym. W końcu, po pokonaniu licznych kłód pod nogami, we wrześniu 1999 r. statut został zarejestrowany. Fundacja mogła więc wreszcie przyjąć darowiznę – czyli przejąć budynek PAST-y. Ale to nie koniec kłopotów. Prawdziwa walka dopiero się zaczęła.
– Zaczęła się nowa walka o PAST-ę?
E. M.: – Tak, i to równie zacięta jak ta w 1944 r. Od początku było jasne, że ktoś za wszelką cenę chce nam uniemożliwić przejęcie PAST-y, czyli jej nieodpłatne scedowanie przez Skarb Państwa na rzecz naszej fundacji. Państwo musiało wypłacić sowite odszkodowanie firmie do tej pory administrującej tym budynkiem tylko w zamian za to, że nie będzie ona pretendowała do tytułu własności. O ile pamiętam, było to 960 tys. zł – ostatnie pieniądze, które miał do dyspozycji premier Buzek przed podaniem się do dymisji.
M. W.: – Gdyby nie to odszkodowanie, sprawa przez lata toczyłaby się w sądach, a z darowizny na rzecz naszego związku nic by nie wyszło. I tamta firma nadal by sobie pasożytowała na budynku PAST-y, podobnie jak czyniło to w innych miejscach wiele pokomunistycznych firm.
– Można powiedzieć, że to pan prezes Muszyński ponownie odbił PAST-ę?
M. W.: – Jak najbardziej, choć dzisiaj wielu się do tego przyznaje...
E. M.: – ...a nie mają nawet bladego pojęcia, jak ostro wtedy było. Po zarejestrowaniu statutu zaczęła się wojna podjazdowa – i to na wielu frontach – mająca nam uniemożliwić przejęcie PAST-y. W urzędzie wojewódzkim zadziałał ktoś wpływowy; urzędnicy zaczęli mnożyć trudności, zwłaszcza wicedyrektor wydziału gospodarki ziemią i geodezji, który aby rzecz maksymalnie utrudnić, przygotował specjalne plany geodezyjne wręcz uniemożliwiające przekazanie nam działki, na której stoi budynek PAST-y.
M. W.: – Działkę podzielono na dwie części – umyślnie w taki sposób, że część budynku PAST-y z windą wydzielono i przypisano do działki sąsiedniej! Chciano tak skomplikować sytuację prawną, by uniemożliwić, a co najmniej na bardzo długo odwlec przekazanie budynku Związkowi AK. To wszystko by się powiodło – bo ten chytry zabieg utrzymywano w ścisłej tajemnicy – gdyby nie to, że jedna z wysokich urzędniczek uczciwie ostrzegła pana prezesa Muszyńskiego, że coś takiego się kroi.
E. M.: – To prawda. Nikomu o tym nie mówiłem, ale wtedy zacząłem osobiście atakować wojewodę. Umowę przekazania darowizny, oczywiście, przedłożyłem wcześniej radcom prawnym w Ministerstwie Skarbu Państwa. Nikt tam nie miał żadnych zastrzeżeń. Pojawiły się one potem nagle – zaczęto domagać się od nas kolejnych bezsensownych dokumentów.
Do końca nie byliśmy pewni, czy podpisanie umowy w ogóle kiedykolwiek nastąpi, gdyż targi były niezwykle ostre. Strona przeciwna – na dobrą sprawę nie wiadomo kogo reprezentująca, nieżyczliwa – do końca miała chyba nadzieję, że do tego podpisania, mimo wcześniejszych uzgodnień, jednak nie dojdzie. Pomogły wspierające nas działania dyrektor Wydziału Skarbu Państwa i Przekształceń Własnościowych Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego Bożeny Grad, a szczególnie szefa Kancelarii Premiera Buzka ministra Mirosława Koźlakiewicza; przyszło polecenie od premiera, aby pan wojewoda podpisał dokument. To było 10 listopada 1999 r.
– Miał Pan wówczas wielką satysfakcję, poczucie zwycięstwa?
E. M.: – Tak, ale to poczucie trwało krótko, ponieważ już następnego dnia nie dostąpiłem zaszczytu uroczystego przejęcia budynku z rąk premiera Buzka... PAST-ę przejmował ówczesny prezes Światowego Związku Żołnierzy AK płk Stanisław Karolkiewicz, sam. Mnie zignorowano... Mimo że przecież byłem prezesem zarządu fundacji, adresatem całej korespondencji w tej sprawie, mimo że – powiem nieskromnie – przez wiele miesięcy sam walczyłem o PAST-ę.
– Cóż, taki zawsze był w Polsce los prawdziwych, najbardziej zasłużonych AK-owców, Panie Prezesie.
E. M.: – Pozostała mi tylko satysfakcja, że się udało, bo sam najlepiej wiem, że mogło się nie udać.
– Ale zasłużył Pan chyba na wdzięczność AK-owskiego środowiska?
E. M.: – No właśnie, najsmutniejsze jest, że tego nie jestem pewien...
M. W.: – Obydwaj z Prezesem jesteśmy w komisji statutowej związku i tak się składa, że wszystkie nasze najważniejsze poprawki do statutu zostały w głosowaniu odrzucone, m.in. wprowadzenie do statutu „Preambuły” i przywrócenie może nie Rady Naczelnej, ale Rady Starszych (złożonej z kilku powszechnie szanowanych kombatantów), która dbałaby o kręgosłup moralny związku i zabierałaby głos w sprawach ważnych dla Polski, którego dziś brakuje.
E. M.: – A ja mimo wszystko nie tracę nadziei, że w Światowym Związku Żołnierzy Armii Krajowej zajdzie jakaś dobra zmiana.
* * *
Są sytuacje, w których trudno uwierzyć, że cokolwiek może się jeszcze zmienić. Człowiek widzi tylko to, co się skończyło. Zmartwychwstanie Chrystusa przypomina jednak, że Bóg potrafi wyprowadzić nowe życie nawet z miejsc, które wydawały się martwe.
W październiku mamy dla Ciebie 31 powodów, żeby wziąć Różaniec do ręki. Każdego dnia – jeden powód, jedna tajemnica, jedna intencja.
Wystawa przypomina również o 70. rocznicy ogłoszenia Ślubów Jasnogórskich – jednego z najważniejszych wydarzeń religijnych i społecznych okresu przygotowań do obchodów Milenium Chrztu Polski. Ekspozycja przybliża najważniejsze wydarzenia tamtego czasu, ukazując rolę Kościoła w podtrzymywaniu tożsamości i pamięci narodowej w okresie komunizmu.
Szczególny wymiar wystawa zyskuje dla mieszkańców Jasła. Wśród prezentowanych postaci znajduje się kard. Stefan Wyszyński, Prymas Tysiąclecia, którego losy związane były również z tym miastem. 17 września 1972 roku, podczas uroczystości w Dębowcu, odwiedził klasztor jasielskich sióstr wizytek. Towarzyszyli mu bp Ignacy Tokarczuk, ordynariusz przemyski oraz ks. dziekan Ignacy Leja, pełniący funkcję ojca duchowego wspólnoty.
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.