Reklama

Świat

Luizjana pod wodą

Położona na południu USA Luizjana zmaga się ze skutkami największej powodzi w historii stanu. Jest to również najpoważniejszy kataklizm naturalny, który nawiedził ten rejon Ameryki od czasów huraganu Katrina w 2005 r. Jak obecnie wygląda sytuacja? Dotarłem do naocznych świadków powodzi, by opowiedzieć ich przejmującą historię ludziom w odległej Polsce

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Autostradą międzystanową nr 10 dotrzemy w południowe rejony stanu, czyli w sam środek tragedii tysięcy mieszkańców Luizjany. Sama droga w wyniku powodzi została częściowo sparaliżowana, co spotęgowało i tak poważne już problemy, z którymi do dzisiaj borykać się muszą członkowie lokalnych społeczności. Jest to bowiem ważna arteria komunikacyjna, łącząca oba wybrzeża USA. Jej odcinkami, które w wyniku kataklizmu zostały zamknięte, codziennie jeździły dziesiątki tysięcy amerykańskich kierowców.

Na terenie stanu Luizjana znajdują się 64 tzw. parafie cywilne, czyli podstawowe jednostki administracyjne. Powódź dotknęła jedną trzecią z nich. To pozwala wyobrazić sobie skalę tego historycznego kataklizmu. Najbardziej ucierpiały rejony położone na południu stanu oraz na południowym wschodzie. Jak wyliczyło biuro gubernatora Luizjany, zniszczonych zostało ponad 60 tys. domów, a 30 tys. ludzi trzeba było ewakuować. Pozostali opuszczali swoje domostwa na własną rękę.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Zalane Lafayette

Nazwa tego miasta nie jest przypadkowa. Wpływ kultury francuskiej widać tu niemal na każdym kroku. W przeszłości kontrolę nad tym obszarem sprawował Paryż, Amerykanie kupili jednak od Napoleona wszystkie francuskie ziemie znajdujące się na terenie dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Był rok 1803.

Reklama

Docieram do jednej z wielu ofiar powodzi. Moim rozmówcą jest Doug Mitchell, mieszkaniec położonego na południu Luizjany Lafayette – czwartego co do wielkości miasta stanu.

– Straciłem wszystko, co znajdowało się wewnątrz domu, a ponadto swój samochód. Mój dom wymaga gruntownej odbudowy – opowiada.

Sytuację osób, które zostały dotknięte powodzią, nazywa katastrofą.

– Obecnie mieszkam u rodziny oddalonej o 48 km od mojego zniszczonego domu. Codziennie muszę być dowożony do pracy prawie 50 km. Nie mam samochodu. Moje dwa psy są z moją mamą, która mieszka 30 mil w przeciwnym kierunku – wyjaśnia mój rozmówca z Lafayette. – Codziennie pracuję przez 8-10 godzin, a następnie wieczorem spędzam 3-4 godziny, odgruzowując dom, usuwając pleśń i inne skutki zalania przez wodę – dodaje.

Pytam o akcję ewakuacyjną. Doug Mitchell opowiada, że gdy fala powodziowa zalała jego dom, z pomocą przypłynął bratanek, który zabrał go łodzią. Głębokość wody wynosiła wtedy prawie 2 m. Na zalanych obszarach to właśnie łódki i pontony stały się podstawowym środkiem transportu.

Mitchell przewiduje, że przez najbliższych 6 miesięcy może jeszcze nie wrócić do swojego domu. Ma jednak to szczęście, że wcześniej ubezpieczył się na wypadek powodzi. – Wiele osób spośród poszkodowanych nie miało takiego ubezpieczenia – zauważa ze smutkiem.

Pomoc Czerwonego Krzyża

Reklama

Amerykański Czerwony Krzyż to jedna z wielu organizacji charytatywnych, która przyszła z pomocą powodzianom. W chwili gdy rozmawiam z jej przedstawicielem, na obszarze dotkniętym kataklizmem działa 14 schronisk, które zapewniają dach nad głową 1,8 tys. poszkodowanym. Dzięki pomocy organizacji udało się przygotować noclegi dla ponad 50 tys. ludzi, a w ręce powodzian trafiło ponad 150 tys. różnych niezbędnych produktów. Po rejonach, które ucierpiały w wyniku powodzi, porusza się ponad 90 pojazdów dostarczających żywność i wodę oraz inne potrzebne rzeczy, m.in. środki higieny osobistej czy preparaty przeciw owadom. Od początku powodzi Czerwony Krzyż we współpracy ze swoimi partnerami wydał ponad 400 tys. posiłków i różnego typu przekąsek. Na miejscu cały czas działają specjalne kuchnie, które stale wydają coś ciepłego do jedzenia. Przewiduje się, że w nadchodzących tygodniach amerykański Czerwony Krzyż rozda jeszcze ok. miliona posiłków. Zapewnianie pomocy na tak ogromną skalę jest możliwe dzięki zaangażowaniu olbrzymiej rzeszy pracowników.

Z terenu całych Stanów Zjednoczonych na pomoc zalanej Luizjanie przybyło ponad 2,5 tys. członków amerykańskiego Czerwonego Krzyża, przygotowanych do niesienia pomocy na wypadek klęsk żywiołowych. Ponad 90 proc. z nich to osoby działające na zasadzie wolontariatu. Luizjanę zalały prawie 4 biliony litrów wody! Dokładnie tyle potrzebowaliby organizatorzy igrzysk w Rio, gdyby chcieli napełnić 10 mln basenów olimpijskich.

– W wyniku tej powodzi rodziny straciły swoje domy oraz cały dobytek. W najbliższych dniach, tygodniach i miesiącach amerykański Czerwony Krzyż będzie kontynuował swoją pracę, by pomóc mieszkańcom Luizjany ponownie stanąć na nogach – zapewnia Peter Wilson, przedstawiciel amerykańskiego Czerwonego Krzyża ds. komunikacji z mediami.

Jak podkreśla mój rozmówca, tak dużej liczby ludzi potrzebujących schronienia nie było w Ameryce od czasu huraganu Sandy, który uderzył w New Jersey w 2012 r.

– Obecnie tysiące ludzi w Luizjanie czekają na usunięcie strat spowodowanych powodzią – dodaje Wilson.

Reklama

Powódź, która nawiedziła Luizjanę, to jednak nie tylko zniszczenia i smutek. Z tej tragedii wyłania się również obraz braterstwa i solidarności. Mieszkańcy tego terenu nieśli sobie nawzajem wszelkiego rodzaju pomoc – od akcji ratunkowych i ewakuacyjnych, przez zapewnienie schronienia i dystrybucję żywności, aż po pomoc przy usuwaniu ogromnych szkód, które spowodowała fala powodziowa. Bardzo pomocne okazały się lokalne wspólnoty kościelne, które koordynowały te działania, zanim na miejsce dotarły duże organizacje charytatywne. Przekazywano paczki żywnościowe, ubrania i inne potrzebne produkty na rzecz powodzian. – W pierwszym tygodniu po powodzi Luizjana sama o siebie zadbała – mówi Angelina Stanford, pisarka i nauczycielka, która od urodzenia mieszka w tym stanie, w Opelousas.

Kontrowersje

Działanie Czerwonego Krzyża wywołało jednak pewne kontrowersje. Niektórzy mieszkańcy, w tym moja rozmówczyni, skarżyli się, że pracownicy organizacji nie chcieli przyjmować darów i paczkowanego jedzenia przekazywanych przez ludzi dobrej woli. Czerwony Krzyż preferuje datki finansowe, za które samodzielnie organizuje produkty potrzebne powodzianom. Zdaniem krytyków, chodzi o możliwość pozyskiwania większych pieniędzy np. na pensje dla wyższych rangą pracowników tej organizacji.

– Ludzie przekazywali te produkty, by pomóc głodnym i potrzebującym rodzinom, ale ponieważ nie były to rzeczy zatwierdzone przez Czerwony Krzyż, zostały odrzucone – wyjaśnia Angelina.

Reakcją na te praktyki miały być apele w mediach społecznościowych, w których wzywano do tego, by zamiast wspierać Czerwony Krzyż kierować swoją pomoc bezpośrednio do lokalnych organizacji charytatywnych, które takie dary przyjmowały z otwartymi ramionami. W celu wyjaśnienia całej sprawy poprosiłem o komentarz przedstawiciela amerykańskiego Czerwonego Krzyża. Niestety, na to pytanie nie uzyskałem odpowiedzi.

Angelina Stanford krytykuje również niektóre działania rządu federalnego. Twierdzi, że niekiedy wchodził on w drogę lokalnym społecznościom, prowadzącym akcję ratunkową na własną rękę.

Reklama

– Ludzie są podobnego zdania, gdy chodzi o Federalną Agencję Zarządzania Kryzysowego. Rząd po prostu tylko wchodzi w drogę – mówi moja rozmówczyni. – Było wiele przypadków, że rządowe agencje i biurokracja uniemożliwiały lokalnym ratownikom niesienie pomocy – dodaje.

Mieszkańcy Luizjany uważają, że Biały Dom oraz media głównego nurtu nie poświęciły wystarczającej uwagi ich tragedii.

A prezydent na wakacjach

Barack Obama ściągnął na siebie lawinę krytyki po tym, jak w obliczu historycznej powodzi w Luizjanie nie przerwał nawet swoich wakacji. Podczas gdy mieszkańcy stanu walczyli o życie i ratowali swoje majątki, ich prezydent... grał w golfa! Obama zbulwersował mieszkańców Luizjany również wezwaniem skierowanym do lokalnych społeczności przez Departament Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych, by przy świadczeniu pomocy nie kierowali się rasizmem.

– Ten apel oburzył mieszkańców stanu, którzy poczuli się głęboko urażeni. Jednym z wielu wspaniałych zjawisk, które dało się obserwować w trakcie tego kryzysu, była współpraca między białymi i czarnymi w zakresie niesienia sobie wzajemnej pomocy – opowiada Angelina. – To tylko pokazuje, jak bardzo oderwany od rzeczywistości jest prezydent i jak wykorzystuje katastrofę do celów politycznych – dodaje.

Ostatecznie Obama udał się na zalane tereny. Znacznie spóźniona wizyta nie mogła jednak poprawić prezydenckiego wizerunku w oczach mieszkańców stanu Luizjana. Jak to mówią – szansę na zrobienie pierwszego wrażenia ma się tylko raz.

Reklama

Politykiem największego kalibru, który jako pierwszy odwiedził zalane tereny, był kandydat republikanów na prezydenta – Donald J. Trump. Ze swojego przyjazdu nie uczynił jednak wielkiego wydarzenia medialnego – zamiast tego zorganizował olbrzymią ciężarówkę z pomocą dla poszkodowanych, przyglądał się zniszczeniom i rozmawiał z ofiarami żywiołu. – Trump jest kandydatem kontrowersyjnym, ale zdobył u nas duże uznanie, bo widać było, że jest naprawdę pełen współczucia – mówi „Niedzieli” Angelina Stanford.

Wielkiego zaangażowania nie było też widać ze strony kandydatki demokratów – Hillary Clinton. Jej „wsparcie” ograniczyło się do odbycia rozmowy telefonicznej z gubernatorem Luizjany oraz wygłoszenia apelu o dotacje dla Czerwonego Krzyża i innych organizacji charytatywnych. Luizjana to tradycyjnie republikański stan i kandydat na prezydenta startujący z ramienia partii demokratycznej nie ma tutaj szans na poparcie, dlatego Clinton lekceważy ten rejon.

Kandydatka demokratów broniła się, twierdząc, że odwiedzi Luizjanę w późniejszym terminie, by swoją obecnością nie przeszkadzać w akcji niesienia pomocy. Takie wyjaśnienie nie było jednak zbyt przekonujące dla krytyków Clinton.

Kiedy piszę te słowa, od momentu powodzi upłynęły już dwa tygodnie. Nie oznacza to jednak, że zakończył się dramat mieszkańców zalanych terenów Luizjany. Problemy życia codziennego, które często spędzają nam sen z powiek, stały się dla nich odległym marzeniem – symbolem normalności, której jeszcze długo nie zaznają.

* * *

Tomasz Winiarski
Student dziennikarstwa, amerykanista zafascynowany kulturą, polityką i historią USA. Dziennikarz dla Polonii w Stanach Zjednoczonych. W życiu stara się kierować mottem: Nie ma rzeczy niemożliwych!
Autor może przekazać dodatkowe informacje dotyczące pomocy powodzianom w Luizjanie.
Więcej pod adresem: tomasz.winiarski@niedziela.pl

2016-09-07 08:38

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Łatwogang dojechał do Gdańska; zebrał ponad 19,8 mln zł

2026-05-25 07:20

[ TEMATY ]

zbiórka charytatywna

PAP

Łatwogang w niedzielę wieczorem zakończył przejazd z Zakopanego do Gdańska. Przy tablicy z nazwą miejscowości przywitały go tłumy fanów. Od piątku w internetowych zbiórkach zebrał ponad 19,8 mln zł na leczenie trzech chłopców.

Influencer Piotr Hancke, znany w internecie jako Łatwogang, po 52 godzinach i przejechaniu ok. 660 km dojechał do Gdańska. Na miejscu czekało na niego kilkuset fanów, którzy przywitali go oklaskami.
CZYTAJ DALEJ

W Gietrzwałdzie z okolic źródełka zdemontowano figurę Matki Bożej. To element prac konserwatorskich

W bazylice w Gietrzwałdzie rozpoczęto kolejne prace konserwatorskie - z kościoła zdemontowano częściowo ołtarz św. Józefa, a z otoczenia źródełka figurę Matki Bożej i ogrodzenie. W przyszłym roku przypada 150. rocznica objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie.

W niedzielę parafia w Gietrzwałdzie poinformowała w ogłoszeniach duszpasterskich, że figura Matki Bożej powinna wrócić w otoczenie źródełka za miesiąc. W minionym tygodniu zdemontowano zarówno odlaną z betonu figurę, jak i metalowe płotki i altanę - wszystkie te elementy zostaną poddane konserwacji. Kosztów tych prac nie podano.
CZYTAJ DALEJ

Będzie zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez działaczki proaborcyjne

2026-05-25 12:36

[ TEMATY ]

aborcja

Adobe Stock

W ostatnich dniach temu jedna z aktywistek z organizacji Aborcyjny Dream Team i Aborcja bez Granic „pochwaliła się” w mediach społecznościowych, że działaczki Aborcji bez Granic pomogły parze w zabiciu swojego nienarodzonego dziecka. Chociaż stale przyzwyczajani jesteśmy do podobnych wystąpień aktywistek aborcyjnych – które z niezrozumiałych powodów nie spotykają się z żadną reakcją organów ścigania – niektóre przejawy ich skandalicznej działalności szczególnie poruszają opinię publiczną. Tak było w przypadku wypowiedzi aktywistki o udzielonej przez organizację aborcyjną pomocy w tzw. selektywnej aborcji na życzenie, której ofiarą jest jedno z bliźniąt. W związku z tym, Instytut Ordo Iuris przygotowuje zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez działaczki proaborcyjne.

Najprościej rzecz ujmując, terminem tym określa się zabicie w drodze aborcji wybranego albo wybranych (kilkoro) dzieci w ciąży mnogiej. W sprawie, o której mowa, doszło do poczęcia dwójki dzieci zamiast – jak to przedstawiła aktywistka w swoim nagraniu – planowanego jednego. Rzecz wydawałoby się normalna – przypuszczać można, że niewiele jest małżeństw albo par, które planują posiadanie na raz dwójki lub większej liczby dzieci, a to, że takie sytuacje się zdarzają zwyczajnie jest kwestią biologii. Ale nie tym razem. Rodzice zaplanowali sobie jedno dziecko i koniec, natura musi ustąpić, a w to miejsce wkracza Aborcja bez Granic ze swoją śmiercionośną „pomocą”… Organizują parze dostęp do aborcji selektywnej, czyli zabicia jednego z dzieci, tak aby plany życiowe rodziców mogły zrealizować się za wszelka cenę. Nawet za cenę życia ich własnego dziecka.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję