Reklama

Wiadomości

Śmiertelnie poważnie?

Rozśmiesza publiczność, ale prywatnie do życia, do wiary i do ludzi podchodzi bardzo poważnie. Czasami z lekką ironią, ale... zawsze na serio! O swoich przemyśleniach na temat wiary w Boga, wiary w człowieka oraz istniejącego świata opowiada satyryk Krzysztof Jaroszyński.

Niedziela Ogólnopolska 46/2025, str. 30-31

[ TEMATY ]

kultura

pl.wikipedoa.org

Krzysztof Jaroszyński

Krzysztof Jaroszyński

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Aneta Nawrot: Wiara to...

Krzysztof Jaroszyński: Dla dziecka wiara, religia i Kościół to jest to samo. Dopiero gdy dojrzeje, spostrzega, że wiara to stan ducha, religia to nauka, a Kościół to instytucja.

Zacznijmy od Boga.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Wolę zacząć od religii, czyli chronologicznie. Pochodzę z rodziny katolickiej i w takiej wierze zostałem wychowany. Moja pierwsza parafia – w Warszawie, św. Józefa na Kole. Potem św. Zygmunta na Bielanach... Jestem człowiekiem, który wychowywał się w czasach, kiedy wszyscy – a na pewno zdecydowana większość – chodzili na religię i nikt nie miał z tym problemów. Religia była nauczana nie w szkole, a w salce katechetycznej. Po lekcjach w szkole chodziło się na następną lekcję – do kościoła. I muszę przyznać, że to nie była tylko nauka o Bogu czy Kościele, ale przy okazji kwitło życie towarzyskie... Nikt z nas tak od razu po lekcji religii nie wracał do domu. Po drodze były podwórko czy wizyta u kolegi... Ale z tych zajęć, obok – jak podkreślam – nauki o Bogu i świętych, wyniosłem zamiłowanie do geografii.

Geografii?

Reklama

Tak. Kiedy uczono nas o żywotach świętych, to pojawiała się zawsze mapa i prowadzący religię pokazywał na niej, gdzie to, o czym mówi, się działo. To bardzo pobudzało moją wyobraźnię. A przede wszystkim dowiadywałem się, gdzie te miejsca, o których nie mówiło się w szkole, w ogóle się znajdują. Jak do nich ewentualnie można by było dojechać... Z tych lekcji dowiedziałem się np., gdzie znajduje się Częstochowa (śmiech). No i tak to było... A potem Pierwsza Komunia św., bierzmowanie... Każdy uważał, że tak właśnie ma być.

Mówi Pan o czasach szkolnych, a co z Pańską wiarą działo się później?

Muszę się przyznać, że ja w ogóle nie jestem jakimś fanatykiem religijnym, ale wiara jest mi nadal bliska. Fascynuję się też taką – nazwałbym to – różnorodnością katolickich zwyczajów.

To znaczy?

Na przykład w Ameryce Południowej – co widziałem w tamtejszych kościołach – figury świętych ubierane są w prawdziwe ubrania. Z epoki, ale jednak włókiennictwo... To, w moim odczuciu, jest bliższe człowiekowi. Detal, ale ciekawy.

Wracając do pytania. Po maturze to się tak trochę mniej myśli o religii. Młodemu człowiekowi wówczas są w głowie raczej rzeczy doczesne, a nie rozmyślanie nad niematerialną formą bytu... Z tym że z perspektywy lat śmiało mogę powiedzieć, iż wraz z wiekiem przychodzą refleksje. Kiedy człowiek zaczyna już wchodzić w taki okres – delikatnie mówiąc – „podsumowań”, czyli późno, wtedy zaczyna zdawać sobie sprawę, że wiara to nie tylko wiara w Boga, ale też w ludzi, w otaczający świat... I patrzy na to, analizuje sobie to z pozycji człowieka mającego już bagaż doświadczeń.

I...

Reklama

...pojawia się szereg refleksji, przemyśleń. Coraz więcej pytań. Na przykład, czy będę żałował odejścia z tego świata – ze świata, który mnie obecnie otacza. Kocham życie. Jest to wielki dar, ale obecne czasy, te, w których przyszło mi żyć... Zastanawiam się, czy ja tutaj pasuję. I łapię się na tym, że zaczynam tych czasów i postępowań ludzkich nie rozumieć. Liczą się komputer, elektronika, a nie wzajemne międzyludzkie relacje. Liczą się bardziej „przyjaciele z FB” niż prawdziwi, w realu. Liczy się „kasa”, a nie bezinteresowna przyjaźń. Nie chodzi mi o obrażanie się na rzeczywistość i czasy, bo komputery, telefony bardzo pomagają w życiu, ale one nie powinny zastępować tego prawdziwego życia, tych normalnych międzyludzkich relacji. Nasuwają mi się takie właśnie refleksje i pytania, na które nie mam odpowiedzi...

Czy to oznacza, że teraz częściej myśli Pan o śmierci?

Śmierć jest częścią życia i czy chcemy, czy nie, musimy się z nią oswajać, coraz częściej ocierając się o nią... Kiedy odchodzi ktoś bardzo bliski... W ubiegłym roku, nagle, musiałem się pożegnać z moją żoną Elą – niewyobrażalny ból, rozpacz. Do tej pory nie mogę się pogodzić z tym, co się stało. Słyszałem: „to minie”, „kwestia czasu”, „to złagodnieje”... Ale to nie jest prawda. Ból i pustka nie łagodnieją, tylko przybierają inną formę. Swego rodzaju nicości. Wiele razy już łapałem się na tym, że jak się wydarzało w moim życiu coś ważnego, ciekawego czy trudnego – chciałem się tymi przeżyciami podzielić z Elą. Chciałem do niej zadzwonić, opowiedzieć jej, poradzić się... I kiedy już sięgałem po telefon, to zderzałem się z rzeczywistością: nie mogę zadzwonić, ona nie odbierze. Nie doradzi. Nie porozmawiamy. Myślę, że taki stan będzie trwał już zawsze i żaden czas nie sprawi, że będzie lżej, a boję się, że będzie ciężej.

Myślał Pan kiedyś o swoim odejściu?

Chyba każdy kiedyś, mniej lub więcej, o tym myśli. Ale aby nie było tak „śmiertelnie poważnie”, to opowiem o jednym takim zdarzeniu w Wiecznym Mieście – w Rzymie, w Poliklinice Gemelli, gdzie leczeni są m.in. papieże. Jakiś czas temu zostałem zaproszony do Rzymu na ślub. Szczerze powiem, że bardzo starannie przygotowywałem się do tej uroczystości. Miałem na sobie elegancki, nowo kupiony, firmowy garnitur, płaszcz od światowej firmy (podobno nawet diabeł się tam ubiera, więc jest uznana w środowisku)... W trakcie wesela wznosimy toast szampanem za szczęście państwa młodych, wszyscy się cieszą, ogólnie jest bardzo miło, a ja czuję, że coś się ze mną dzieje niedobrego... Mój organizm przestaje mnie słuchać, robi mi się słabo. Jeden ze znajomych zobaczył, że ze mną jest coś nie tak, i zapytał, czy wezwać karetkę. Czułem się tak strasznie źle, że poprosiłem, aby to zrobił. Pogotowie przyjechało bardzo szybko i zabrano mnie do wspomnianej już wcześniej Polikliniki Gemelli. Byłem przekonany, że jak tam leczą papieży, to będzie wręcz wzorowo... Znalazłem się w wielkiej sali pełnej oddzielonych firankami boksów. Zajął się mną chyba student lub stażysta o nieco „przydymionej” karnacji. Położono mnie w jednym z tych boksów i po chwili zauważyłem, że ten medyk, pod którego opieką byłem, stoi, patrzy w moim kierunku i coś pod nosem powtarza. Byłem przekonany, że się modli. Nie przeszkadzałem mu. Po dłuższej chwili jednak zacząłem się wsłuchiwać w to, co mówi, i zorientowałem się, że on – bardzo niewyraźnie – wymienia moje imię i nazwisko. Cały czas, w kółko... Podniosłem rękę na potwierdzenie tego, że rozumiem. Poinformował mnie, że mam gigantycznie wysokie ciśnienie. Zaaplikowano mi leki „na zbicie”, podpięto mnie do monitorów i kazano spokojnie leżeć. Zastosowałem się do zaleceń. Starałem się być spokojny, ale w pewnym momencie zauważyłem, że do innego boksu wchodzi kobieta. Widziałem ją jedynie z tyłu. Była ubrana w czarną pelerynę, na plecach i ramionach miała ogromny srebrny krzyż. Nie wiem, czy to pod wpływem leków, ale miałem wrażenie, że do boksu pacjentki wchodzi... śmierć! Nawet zrobiłem jej zdjęcie... Tym bardziej się w tym przypuszczeniu upewniłem, gdy zasłoniła firankę, by być z ofiarą sam na sam... Po jakimś czasie ocknąłem się i zobaczyłem nad sobą twarz medyka. Poinformował mnie, że wszystko ze mną jest już OK i mogę opuścić szpital. Wstałem i zacząłem szukać wyjścia. Poliklinika Gemelli jest ogromna. Można w niej zabłądzić. No i błądziłem. W końcu znalazłem wyjście. Lało wówczas strasznie. Szedłem tak w tych nowych ciuchach, które przestały już prezentować się elegancko... Zatrzymałem taksówkę i poprosiłem o zawiezienie mnie na lotnisko. Chciałem jak najszybciej znaleźć się we własnym domu. Czułem, że będę tam bezpieczny... W końcu uznałem, że to wtargnięcie śmierci do sali szpitalnej to był jedynie omam wzrokowy. Tylko że... ja mam JEJ zdjęcie w telefonie! Mieć na fotografii panią śmierć z Polikliniki Gemelli to chyba maksimum doznań z Rzymu.

I to chyba tyle!

Krzysztof Jaroszyński Pisarz, reżyser, scenarzysta, producent. Jako młody satyryk współpracował m.in. z Janem Pietrzakiem, Marcinem Wolskim. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. W swoim dorobku ma kilka sztuk teatralnych oraz książek, m.in.: Brzyd oraz inne fakty, Półprzewodnik po Polsce.

2025-11-10 13:58

Oceń: +9 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

„Exodus: Bogowie i królowie”. Film o rozmawianiu z Bogiem

Czy zaistnienie sztuki filmowej mogło zmienić nasze postrzeganie Boga? Czy dzięki kinu teologowie zrozumieli więcej niż dotychczas? Wreszcie – czy zdarza się Bogu objawiać się na ekranie? To pytania, które wbrew pozorom wcale nie są naiwne czy bezpodstawne. Od ponad stu lat papieże i teologowie wyznawali – najpierw jakby wstydliwie, dyskretnie, potem z coraz większym entuzjazmem – że kino może być tzw. locus theologicus, czyli źródłem wiedzy teologicznej. Zapytają Państwo pewnie, jak to możliwe. Możliwe, gdyż od wieków intuicja i szczególna wrażliwość artystów pomagały ludziom odkryć o Przedwiecznym Artyście rzeczy nowe i zadziwiające. Czy nie łatwiej nam zrozumieć tajemnicę Trójcy Świętej, gdy kontemplujemy ikonę Rublowa? Czy nie otwiera się nasze synowskie serce na widok pięknej sykstyńskiej Madonny? Ileż treści ewangelicznych zrozumieliśmy dzięki dziełom Caravaggia, jakże łatwo jest pochylić się nad grobem Chrystusowym przy dźwiękach „Requiem” Mozarta i jak wysoko wzlatuje dusza ludzka przy „In paradisum” Gabriela Faurégo! Te wszystkie wzruszenia i natchnienia, które kazały ludziom modlić się na widok fresków Piera della Franceski i Fra Angelica, te same teologiczne wyżyny, których zaznać może człowiek, podziwiając watykańską Pietę, dostępne są wrażliwemu widzowi w mrokiem spowitej kinowej sali...
CZYTAJ DALEJ

Św. Teresa od Dzieciątka Jezus - "Moim powołaniem jest miłość"

Niedziela łódzka 22/2003

[ TEMATY ]

św. Teresa z Lisieux

Adobe Stock

Św. Teresa z Lisieux

Św. Teresa z Lisieux

O św. Teresie od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, karmelitance z Lisieux we Francji, powstały już opasłe tomy rozpraw teologicznych. W tym skromnym artykule pragnę zachęcić czytelników do przyjaźni z tą wielką świętą końca XIX w., która także dziś może stać się dla wielu ludzi przewodniczką na krętych drogach życia. Może także pomóc w zweryfikowaniu własnego stosunku do Pana Boga, relacji z Nim, Jego obrazu, który nosimy w sobie.

Życie św. Teresy daje się streścić w jednym słowie: miłość. Miłość była jej głównym posłannictwem, treścią i celem jej życia. Według św. Teresy, najważniejsze to wiedzieć, że jest się kochanym, i kochać. Prawda to, jak może się wydawać, banalna, ale aby dojść do takiego wniosku, trzeba w pełni zaakceptować siebie. Św. Teresie wcale nie było łatwo tego dokonać. Miała niesforny charakter. Była bardzo uparta, przewrażliwiona na swoim punkcie i spragniona uznania, łatwo ulegała emocjom. Wiedziała jednak, że tylko Bóg może dokonać w niej uzdrowienia, bo tylko On kocha miłością bez warunków. Dlatego zaufała Mu i pozwoliła się prowadzić, a to zaowocowało wyzwoleniem się od wszelkich trosk o samą siebie i uwierzeniem, że jest kochana taką, jaka jest. Miłość to dla św. Teresy "mała droga", jak zwykło się nazywać jej duchowy system przekonań, "droga zaufania małego dziecka, które bez obawy zasypia w ramionach Ojca". Św. Teresa ufała bowiem w miłość Boga i zdała się całkowicie na Niego. Chciała się stawać "mała" i wiedziała, że Bogu to się podoba, że On kocha jej słabości. Ona wskazała, na przekór panującemu długo i obecnemu często i dziś przekonaniu, że świętość nie jest dostępna jedynie dla wybranych, dla tych, którzy dokonują heroicznych czynów, ale jest w zasięgu wszystkich, nawet najmniejszych dusz kochających Boga i pragnących spełniać Jego wolę. Św. Teresa była przekonana, że to miłosierdzie Boga, a nie religijne zasługi, zaprowadzi ją do nieba. Św. Teresa chciała być aktywna nie w ćwiczeniu się w doskonałości, ale w sprawianiu Bogu przyjemności. Pragnęła robić wszystko nie dla zasług, ale po to, by Jemu było miło i dlatego mówiła: "Dzieci nie pracują, by zdobyć stanowisko, a jeżeli są grzeczne, to dla rozradowania rodziców; również nie trzeba pracować po to, by zostać świętym, ale aby sprawiać radość Panu Bogu". Św. Teresa przekonuje w ten sposób, że najważniejsze to wykonywać wszystko z miłości do Pana Boga. Taki stosunek trzeba mieć przede wszystkim do swoich codziennych obowiązków, które często są trudne, niepozorne i przesiąknięte rutyną. Nie jest jednak ważne, co robimy, ale czy wykonujemy to z miłością. Teresa mówiła, że "Jezus nie interesuje się wielkością naszych czynów ani nawet stopniem ich trudności, co miłością, która nas do nich przynagla". Przykład św. Teresy wskazuje na to, że usilne dążenie do doskonałości i przekonywanie innych, a zwłaszcza samego siebie, o swoich zasługach jest bezcelowe. Nigdy bowiem nie uda się nam dokonać takich czynów, które sprawią, że będziemy w pełni z siebie zadowoleni, jeśli nie przekonamy się, że Bóg nas kocha i akceptuje nasze słabości. Trzeba zgodzić się na swoją małość, bo to pozwoli Bogu działać w nas i przemieniać nasze życie. Św. Teresa chciała być słaba, bo wiedziała, że "moc w słabości się doskonali". Ta wielka święta, Doktor Kościoła, udowodniła, że można patrzeć na Boga jak na czułego, kochającego Ojca. Jednak trwanie w takim przekonaniu nie przyszło jej łatwo. Przeżywała wiele trudności w wierze, nieobce były jej niepokoje i wątpliwości, znała poczucie oddalenia od Boga. Dzięki temu może być nam, ludziom słabym, bardzo bliska. Jest także dowodem na to, że niepowodzenia i trudności są wpisane w życie każdego człowieka, nikt bowiem nie rodzi się święty, ale świętość wypracowuje się przez walkę z samym sobą, współpracę z łaską Bożą, wypełnianie woli Stwórcy. Teresa zrozumiała najgłębszą prawdę o Bogu zawartą w Biblii - że jest On miłością - i dlatego spośród licznych powołań, które odczuwała, wybrała jedno, mówiąc: "Moim powołaniem jest miłość", a w innym miejscu: "W sercu Kościoła, mojej Matki, będę miłością".
CZYTAJ DALEJ

Biskup z Hondurasu zmarł nagle podczas podróży do papieża Leona XIV

2026-10-01 11:41

[ TEMATY ]

honduras

pl.wikipedia.org

Śp. bp Teodoro Gómez Rivera

Śp. bp Teodoro Gómez Rivera

Bp Teodoro Gómez Rivera, ordynariusz diecezji Choluteca w Hondurasie, zmarł nagle 28 września na lotnisku w Madrycie. 63-letni hierarcha podróżował do Rzymu na wizytę „ad limina” biskupów Hondurasu u papieża Leona XIV.

Bp Teodoro Gómez Rivera był biskupem Choluteki, wiceprzewodniczącym Konferencji Episkopatu Hondurasu w kadencji 2025–2028, a także przewodniczącym Caritas Honduras i administratorem apostolskim diecezji Danlí.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję