Ks. Mirosław Benedyk: Dorastała Pani w domu, w którym sprawy wiary praktycznie nie istniały. Czy po latach człowiek odkrywa, że bez Boga czegoś mu brakuje?
Magdalena Iwaniszyn: – Dorastałam w rodzinie, w której religia właściwie nie odgrywała żadnej roli. Urodziłam się w latach osiemdziesiątych, a mój tata był policjantem. Były to czasy, gdy otwarte przyznawanie się do wiary mogło kosztować utratę pracy, dlatego nie zostałam ochrzczona jako dziecko. Religia ograniczała się do wieczerzy wigilijnej i opłatka kupionego „od aniołka”. Nikt nie pokazał mi, czym jest modlitwa czy życie z Bogiem.
Jako nastolatka zaczęłam zadawać pytania o sens życia, o to, skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy. Odpowiedzi, które znajdowałam, całkowicie pomijały Boga. Byłam przekonana, że Go nie ma i potrafiłam bronić swoich poglądów. Dopiero po latach zrozumiałam, że człowiek nosi w sobie przestrzeń, której nie da się wypełnić sukcesem, pracą czy nawet rodziną. Dopiero kiedy odkryłam Bożą miłość, poczułam, że wszystko jest na swoim miejscu. Dziś wiem, że tylko Bóg potrafi zaspokoić najgłębsze pragnienia ludzkiego serca.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Co sprawiło, że już jako dorosła osoba zdecydowała się Pani przyjąć chrzest?
Reklama
Przez wiele lat wydawało mi się, że był to jeden moment. Dziś wiem, że Pan Bóg prowadził mnie znacznie wcześniej. Przełomową rolę odegrała moja przyjaciółka Dagmara. Po swoim nawróceniu zaczęła żyć zupełnie inaczej, zamiast koncertów wybierała Drogę Krzyżową. Dla mnie było to wtedy czymś niepojętym. Latem 1999 r. pojechałyśmy na Przystanek Woodstock. W tym samym czasie po raz pierwszy organizowany był Przystanek Jezus – ewangelizacyjna inicjatywa skierowana do uczestników festiwalu. W przerwie między koncertami Dagmara zaproponowała, żebyśmy poszły na Eucharystię sprawowaną w ramach Przystanku Jezus. Nie miałam na to najmniejszej ochoty, ale dla świętego spokoju zgodziłam się. Na Eucharystii było tak wielu ludzi, że nie widziałam ołtarza. Nad głowami uczestników dostrzegałam jedynie krzyż z ukrzyżowanym Chrystusem. W tamtej chwili miałam wrażenie, że patrzy właśnie na mnie. Słyszałam słowa liturgii i pieśni, które poruszały moje serce. Kiedy nadszedł moment Przeistoczenia, po raz pierwszy uklękłam. Łzy same popłynęły. Coś we mnie pękło. Dopiero później dowiedziałam się, że Dagmara przez długi czas codziennie przyjmowała Komunię św. w intencji mojego nawrócenia. To ona wprowadziła mnie do wspólnoty, przygotowała do chrztu i została moją matką chrzestną. Dziś wiem, że Pan Bóg bardzo często dociera do człowieka przez drugiego człowieka.
Dziś wiele osób odchodzi od Kościoła. Przeszła Pani drogę w przeciwnym kierunku. Co odkryła Pani w wierze?
Odkryłam przede wszystkim miłość Boga i wspólnotę Kościoła. Wszystko poznawałam od początku, przygotowując się do chrztu w czasie katechumenatu. Uczyłam się modlitwy, odkrywałam znaczenie roku liturgicznego i z ogromną tęsknotą czekałam na dzień, w którym po raz pierwszy będę mogła przyjąć Komunię świętą.
Jednak jeszcze większym odkryciem okazali się dla mnie ludzie. Byli to: moja przyjaciółka, ks. Mirosław Choroszy, który przygotował mnie do chrztu oraz wspólnota młodzieżowa. Oni pokazali mi, że Kościół to nie tylko budynek czy instytucja, ale rodzina ludzi idących razem do Boga. Po raz pierwszy poczułam, że naprawdę do niej należę.
Dzisiaj myślę, że właśnie doświadczenia wspólnoty często brakuje tym, którzy od Kościoła odchodzą. Wielu traktuje go jedynie jako miejsce, gdzie przychodzi się po sakrament czy religijną usługę. Tymczasem wiary nie da się przeżywać w pojedynkę. Kościół żyje tam, gdzie rodzą się relacje, odpowiedzialność za siebie nawzajem i wzajemna troska. To właśnie odkryłam i to do dziś jest dla mnie jednym z najpiękniejszych doświadczeń wiary.
Co sprawiło, że wiara stała się fundamentem całego życia?
Reklama
Jedno słowo: miłość. Nigdy wcześniej nie czułam się tak kochana, zaakceptowana i przyjęta, jak wtedy, podczas tamtej Mszy św. Nie chodziło o emocje, ale o pewność, że Chrystus zna mnie taką, jaka jestem, a mimo to mnie kocha. Takiej miłości nie da się racjonalnie wyjaśnić ani niczym zastąpić. To ona stała się fundamentem wszystkich późniejszych decyzji.
Dziś jest Pani żoną, mamą dwóch córek i katechetką. Ma Pani poczucie, że Pan Bóg napisał scenariusz życia piękniej, niż zrobiłaby Pani to sama?
Zdecydowanie tak. Wiele razy przekonałam się, że Boże plany są lepsze od moich. Najbardziej widać to po moim powołaniu zawodowym. Po studiach pedagogicznych byłam przekonana, że nigdy nie będę pracować w szkole. Przez dwadzieścia lat trzymałam się od niej z daleka. Później pojawiło się pragnienie, by lepiej poznać Boga, którego pokochałam. Rozpoczęłam studia teologiczne i niejako przy okazji zdobyłam kwalifikacje do nauczania religii. Spróbowałam. Dzisiaj uczę już szósty rok i nie wyobrażam sobie innej pracy.
Podobnie było z małżeństwem. Jestem przekonana, że gdybyśmy z mężem poznali się rok wcześniej, prawdopodobnie nigdy nie zostalibyśmy parą. Z perspektywy czasu widzę, że Bóg prowadził wszystko we właściwym momencie.
Czy własne doświadczenie pomaga Pani dziś rozumieć młodych ludzi, którzy żyją tak, jakby Boga nie było?
Tak, bo sama kiedyś myślałam podobnie. Nigdy nie szukałam Boga. To On odnalazł mnie. Dlatego wiem, że nikogo nie można do wiary zmusić. Można natomiast pokazać ją własnym życiem. Młodzi bardziej niż argumentów potrzebują świadków – ludzi, którzy naprawdę żyją Ewangelią. To właśnie świadectwo otwiera serce drugiego człowieka.
Reklama
Gdyby miała Pani jednym zdaniem powiedzieć, czym po tych wszystkich latach jest dla Pani chrzest święty?
Chrzest był dla mnie bramą do pełnego życia z Chrystusem. Patrzyłam na ludzi przystępujących do Komunii świętej i nie mogłam zrozumieć tych, którzy z tego daru nie chcą korzystać. Podczas Wigilii Paschalnej w 2000 r. przyjęłam chrzest, bierzmowanie i po raz pierwszy Eucharystię.
To nie był początek mojej miłości do Boga, bo ona narodziła się wcześniej. To był moment, w którym naprawdę poczułam, że jestem częścią Kościoła. Od tamtej chwili mogę czerpać z sakramentów siłę do codziennego życia. To one pomagają mi trwać przy Bogu, przy Kościele, mimo jego ludzkich słabości i przy drugim człowieku, nawet wtedy, gdy wzajemnie się ranimy. Dlatego po latach mogę powiedzieć jedno – chrzest stał się początkiem prawdziwego życia z Chrystusem i w Kościele.
