Reklama

Urodzony na nowo

Życie - Boży dar... Każdy ma je tylko jedno. Są jednak ludzie, którzy pewnego dnia rodzą się na nowo. 3 czerwca mijają 3 miesiące od katastrofy kolejowej, która wydarzyła się pod Szczekocinami. Dla 16 pasażerów była to ostatnia podróż. Niektórzy z poszkodowanych przebywają jeszcze w szpitalach, a przed nimi długa i żmudna rehabilitacja. Są i tacy, których z tragedii wbrew wszelkiej logice wyciągnęła jakaś siła, którzy dostali drugą szansę. 33-letni Daniel Dudziński z Lubaczowa jest przekonany, że tą siłą był Bóg, który po raz drugi dał mu nowe życie

Niedziela Ogólnopolska 23/2012, str. 42-43

Archiwum prywatne

Daniel Dudziński

Daniel Dudziński

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Przypomnijmy: do czołowego zderzenia dwóch pociągów, w których jechało ok. 350 pasażerów, doszło w sobotę 3 marca przed godz. 21. Na zjeździe z Centralnej Magistrali Kolejowej w kierunku Krakowa zderzyły się pociągi: TLK „Brzechwa” z Przemyśla do Warszawy Wschodniej i Interregio „Jan Matejko” relacji Warszawa Wschodnia - Kraków Główny. Pociąg Warszawa - Kraków wjechał na tor, po którym z naprzeciwka nadjeżdżał pociąg Przemyśl - Warszawa. 16 ofiar śmiertelnych, 57 osób rannych, w tym 30 ciężko - to tragiczny bilans katastrofy pod Szczekocinami. Na miejscu bardzo szybko pojawiły się zastępy straży pożarnej, pogotowie i policja. Zmiażdżone zostały dwie lokomotywy oraz pierwsze wagony obu składów.

Czarny scenariusz podróży

Reklama

- Tego dnia wybrałem się w podróż, której w najczarniejszym scenariuszu nie dało się przewidzieć. Starałem się o pracę w Niemczech, jechałem tam na rozmowę kwalifikacyjną. Przede mną było 1500 km drogi: Jarosław - Warszawa - Gdańsk - Hamburg. Planowo miałem mieć 2 przesiadki (Warszawa i Gdańsk), jednak w pociągu relacji Przemyśl - Warszawa poinformowano mnie, że skład pociągu, którym jadę, jest niepełny (tylko 3 wagony) i będzie konieczna dodatkowa (nieplanowana) przesiadka w Krakowie. To była moja pierwsza i jedyna przesiadka tego wieczoru. W Krakowie przesiadłem się do pierwszego wagonu za lokomotywą, zająłem miejsce dokładnie w środkowej jego części, przy drzwiach. Chciałem się zdrzemnąć, ale nie mogłem zmrużyć oka - wspomina Daniel. W jednej chwili usłyszał jakieś nieludzkie krzyki, coś leciało mu na głowę, odruchowo podniósł obie ręce, żeby się zasłonić. Nie zapomni, jak przed oczami mignęła mu postać osoby, która siedziała po jego prawej stronie, przy oknie. - Obrażenia pasażerów były drastyczne, bo działała na nie straszna siła. W przypadku czołowego zderzenia dwóch pociągów poruszających się z prędkością ok. 120 km na godzinę jadący w pierwszym wagonie pasażer o wadze 70 kg w momencie, gdy uderza w osobę siedzącą naprzeciwko, robi to z taką siłą, jak gdyby ważył ok. 1,5 tony - wyjaśnia mgr inż. Aleksander Drzewiecki, fizyk z Politechniki Śląskiej.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Dramat w pociągu

Reklama

- To było jak sen, jak film, nie wierzyłem, że to dzieje się naprawdę, tu i teraz, wtedy w ogóle jeszcze nie wiedziałem, o co chodzi. Widziałem, jak jedną osobę dosłownie wyssało przez okno. Tak jakby jakaś potężna siła wyciągnęła ją z przedziału. Nie straciłem świadomości, tragiczne obrazy w ekspresowym tempie migotały przed oczami. Nie czułem strachu, to wszystko działo się zbyt szybko. I nagle uświadomiłem sobie, że jestem uwięziony w zgliszczach wagonu, leżę zakleszczony w jakiejś puszce z żelaza, nie mogę się ruszyć, czuję tylko potworny ból. Jedynie głową mogłem trochę poruszać, spojrzałem na ten dramatyczny obraz, wokół słychać było tylko przeraźliwe krzyki, jęki i błaganie o pomoc. Wtedy dopiero zdałem sobie sprawę, co się stało. Wydawało mi się, że to koniec. Po ok. 15 minutach w mojej kieszeni zadzwonił telefon. Przeczuwałem, że może to być ktoś z najbliższych. Może i dobrze, że nie mogłem odebrać telefonu, czułem, że nie przeżyję, ale wbrew wszystkiemu bardzo pragnąłem wierzyć, że zdarzy się cud i przyjdzie pomoc. Kiedy patrzysz na umierających ludzi, a jedyne co czujesz, to bezradność i narastający ból, tracisz siły, z trudem oddychasz, każda minuta ciągnie się w nieskończoność i masz świadomość, że to być może twoje ostatnie chwile życia - trudno o nadzieję, trudno wierzyć, ale „coś kazało mi” wierzyć wbrew faktom i logice. Trudno mi to opisać - wyznaje Daniel.

Zastrzyk życia

Reklama

Słabł coraz bardziej, wydawało mu się, że nie ma już nóg, były kompletnie drętwe, jakby zamrożone. - Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale im mniej miałem sił... tym więcej nadziei, że może to jednak nie koniec... Całkowicie, bez reszty zawierzyłem swoje życie Bogu - opowiada chłopak. - Nie wiem, która była godzina, traciłem resztki sił, ucichły jęki konających osób i nie było już słychać błagania o pomoc, było potwornie zimno i głucho, jakby wszystko pomarło, nie wiem, skąd dochodził głos, ale usłyszałem ratownika, który wołał do jednego ze strażaków lub kogoś ze służby medycznej: „Tutaj, wysoko, chyba jest jeszcze chłopak, który może żyć”. Wierzyłem, że do mnie dotrą, ale miałem wątpliwości, czy zdążą, oddech spłycał się coraz bardziej, każdy kolejny był dużym wysiłkiem. Szeptałem sam do siebie: „Boże, potrzebuję tlenu”, nie miałem siły, żeby wołać o pomoc, wtedy usłyszałem głos, który zapamiętam do końca życia: „Nie bój się, jestem anestezjologiem, chcę ci pomóc”. Z trudem podniosłem oczy i zobaczyłem postać, byłem tak słaby, że widziałem jakby przez mgłę, dostałem zastrzyk, który, jak sądzę, przytrzymał mnie przy życiu. Spod żelastwa zostałem uwolniony jakąś godzinę później. Osobą posłaną przez Boga, która niosła mi pomoc, był lek. med. Jarosław Janka, anestezjolog ze Szpitala Miejskiego w Dąbrowie Górniczej. Będąc jeszcze w szpitalu, rozmyślając o wypadku, przypomniałem sobie przypowieść o uczniach, którzy z wieczora, płynąc łodzią na środku jeziora, trudzili się przy wiosłowaniu, bo wiatr był im przeciwny. Wtedy ujrzeli Jezusa, którego wzięli w pierwszej chwili za zjawę, a On przemówił do nich: „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się!”. Po wyjściu ze szpitala jeszcze kilkakrotnie wracałem do tej przypowieści i zrozumiałem, że wtedy, gdy potrzebowałem tlenu, bo kończył mi się oddech, ten anestezjolog - jak się później okazało, pracownik szpitala, w którym leżałem - przyszedł do mnie ze słowami: „Nie bój się, jestem anestezjologiem, chcę ci pomóc”. Te sytuacje były bliźniaczo podobne, wierzę, że to Bóg postawił dr. Jankę na mojej drodze, żeby moja „łódź życia” nie zatonęła.
Służby medyczne dotarły do p. Daniela dopiero 2,5 godziny po wypadku. W tym miejscu trudno było wyciągnąć spod masy żelastwa kogoś żywego. Strażacy, którzy wycięli go z żelaznej puszki, pocieszali: „Byłeś w piekle, ale skoro przeżyłeś, na pewno z tego wyjdziesz”. Badania wykazały, że chłopak nie ma żadnych złamań, jest tylko mocno poobijany: olbrzymie krwiaki, siniaki, opuchlizna, rozcięta noga, która wymagała szycia. Raz po raz przychodzili do niego lekarze i pielęgniarki, nie do końca wierząc, że wyszedł żywy z tak ogromnej tragedii.

Po prostu cud!

- Czucie w nogach odzyskałem następnego dnia nad ranem, jakby w jednej chwili, takie miałem wrażenie. Leżałem na szpitalnym łóżku, martwiły mnie te nogi, ale „coś” mnie pchnęło, żeby wstać, wtedy poczułem w nogach potężne rwanie. Spróbowałem i wstałem. Byłem zaskoczony, potwornie słaby, ale szczęśliwy! - opowiada. Lekarze postanowili zostawić go jeszcze kilka dni na obserwacji. - Moja kondycja fizyczna poprawiała się z każdym dniem, gorzej było z kondycją psychiczną. Wciąż myślałem, analizowałem, próbowałem sobie tłumaczyć, jak to się stało, że z przedziału, który posypał się w drobny mak, wyszedłem żywy. Nie zapomnę tego do końca moich dni. Doszedłem do przekonania, że nie da się tego po ludzku wyjaśnić. Dziś myślę, że to był po prostu cud, a przez katastrofę przeprowadziła mnie ręka Boga, bo, po ludzku rzecz ujmując, nie powinienem tego przeżyć. Ta puszka żelastwa, która mnie owinęła, była jakby na miarę szyta. W złomowisku było akurat tyle miejsca, ile potrzebowałem. Takiej precyzji jeszcze w życiu nie widziałem, najlepszy Krawiec uszył mi to ubranie. Ktokolwiek rozmawiał ze mną lub z moimi rodzicami, inaczej tego nie określił jak słowami: „cud”, „drugie życie” czy „cudowne ocalenie”.

Jedno, święte i wspaniałe

I nie sposób się z tym nie zgodzić. - Dzisiaj mogę powiedzieć, że otrzymałem dużo więcej niż to, o co prosiłem w chwili krytycznej. Kilka dni po wyjściu ze szpitala szukałem w sieci jakiejś informacji i natrafiłem na takie zdanie: „Nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło” - wyznaje p. Daniel. - Gdy ktoś tak jak ja doznał bezsilności i kruchości ludzkiego życia i otarł się o śmierć, wie, że w najtrudniejszych momentach potrzebna jest nadzieja, a ta wypływa z wiary - dodaje.

2012-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Apel Rady Stałej Biskupów w sprawie pojednania polsko-ukraińskiego

2026-08-26 12:27

[ TEMATY ]

Polska

Polska

Ukraina

apel biskupów

BP KEP

W ostatnim czasie media opisują przypadki narastającej agresji, do której dochodzi między Ukraińcami i Polakami. Wszystkie te zdarzenia, niezależnie od tego czy mają podłoże narodowościowe, chuligańskie czy kryminalne, są godne potępienia.

Kiedy w lutym 2022 roku wybuchła pełnoskalowa wojna na terytorium Ukrainy i gdy setki tysięcy uchodźców z tego kraju przekraczały granicę Polski, postawa naszych Rodaków budziła podziw i szacunek na całym świecie. Wielkodusznie otwarliśmy wtedy dla nich nasze domy i mieszkania, a dziesiątki organizacji pomocowych i tysiące ludzi dobrej woli w całym kraju z wielką hojnością pomagało uciekinierom w tranzycie do innych krajów bądź też w czasowym osiedleniu się w Polsce. Organizowano dla uchodźców wyżywienie i pomoc medyczną, finansową, prawną, duszpasterską, psychologiczną czy edukacyjną. W tych działaniach, od samego początku wojny, na pierwszej linii stały Kościoły chrześcijańskie, jego duchowni, konsekrowani i świeccy, Caritas Polska, Caritas diecezjalne i setki innych organizacji pomocowych, parafii, ruchów i stowarzyszeń katolickich. Tej służby braciom w Ukrainie, a także uchodźcom z tego kraju do Polski, nigdy nie zaprzestaliśmy i nie ograniczyliśmy, wpierając w tym władze państwowe i samorządowe. Przez cały czas stoimy, jako Kościół, zawsze po stronie najbardziej poszkodowanych, rodzin ofiar wojny, tych, którzy cierpią i często nie mają już dokąd wracać.
CZYTAJ DALEJ

„Ku nawróceniu serc naszych” - komunikat Bpa. Tadeusza Lityńskiego

2026-08-26 11:25

[ TEMATY ]

ekologia

Konferencj Episkopatu Polski

pixabay.com

Wszyscy możemy przyczyniać się przez modlitwę do przemieniania siebie i świata – podkreślił przewodniczący Zespołu KEP ds. Ekologii bp Tadeusz Lityński z okazji Światowego Dnia Modlitw o Ochronę Świata Stworzonego. Dzień ten obchodzony jest w Kościele katolickim 1 września.

W duchu wdzięczności przyjmujemy orędzie Ojca Świętego Leona XIV na XI Światowy Dzień Modlitw o Ochronę Świata Stworzonego. Jest ono w swojej treści gorącą zachętą i wezwaniem do przemiany naszych serc. Wszelkie wojny, brak poszanowania życia i dzieła stworzenia stanowi skutek braku Bożej miłości w życiu człowieka. Dlatego podejmijmy duchowy wysiłek w tym szczególnym „Czasie dla stworzenia”. Zanurzmy się indywidualnie, ale i w naszych wspólnotach parafialnych w modlitwę i zadumę prowadzącą do nawrócenia. W orędziu Papież nawiązuje do istniejących konfliktów, wojen, ich wyniszczających skutków i wskazuje na wielką potrzebę starań na rzecz pokoju. Fakt, że Światowy Dzień Modlitw rozpoczyna się 1 września, ze względu na historię naszej Ojczyzny, tym bardziej się w nie wsłuchujemy i bierzemy do serca. Wszyscy możemy przyczyniać się przez modlitwę do przemieniania siebie i świta. Zachęcam, aby w naszych wspólnotach parafialnych, organizacjach, ruchach zastanowić się w jaki sposób praktycznie możemy w swoim środowisku, otoczeniu odpowiedzieć na apel Ojca Świętego. Nie bądźmy tylko słuchaczami. Spotkajmy się wspólnie na Eucharystii, odprawmy z tej okazji stosowne nabożeństwa. Sprawmy, abyśmy 4 października, w dniu wspomnienia świętego Franciszka, kończąc ten szczególny czas nie stali przed Bogiem Ojcem Stworzycielem bez przyniesionego daru naszych modlitw. Całym sercem zachęcam do pochylenia się nad słowem Ojca Świętego skierowanym do nas w obecnym orędziu.
CZYTAJ DALEJ

Rozpoczęła się peregrynacja Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Nie zmarnujmy tego czasu

2026-08-26 22:23

[ TEMATY ]

Świdnica

bp Marek Mendyk

abp Józef Kupny

Peregrynacja Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej

Archiwum EWTN

Bp Marek Mendyk wita Maryję w kopii Cudownego Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej

Bp Marek Mendyk wita Maryję w kopii Cudownego Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej

Po raz pierwszy w historii diecezji świdnickiej kopia Cudownego Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej rozpoczęła wędrówkę po jej parafiach. – Maryja przychodzi, aby nas ruszyć z miejsca – powiedział w świdnickiej katedrze abp Józef Kupny.

Jasnogórska Ikona dotarła do Świdnicy 26 sierpnia, w uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej. Na Rynku powitał ją bp Marek Mendyk wraz z biskupami, kapłanami i tłumami wiernych, którzy przybyli z różnych stron diecezji. Mimo lekko padającego deszczu uformowała się uroczysta procesja, która przeszła ulicami miasta do katedry świdnickiej.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję