Jak brzmią tłumaczenia premiera, który we wrześniu 2024 r. zapewniał, że „nie zakłada, że będziemy mieli do czynienia z jakimiś nadużyciami”, a dziś tłumaczy się: „myśmy zakładali z góry, że ryzyko nadużyć może się pojawić”? Co najmniej niewiarygodnie. A wierzy Donaldowi Tuskowi coraz mniej Polaków, co widać nawet po badaniach podległemu rządowi Centrum Badań Opinii Społecznej, w skrócie CBOS.
Brak wstydu
Wymowna jest też odpowiedź na pytania dziennikarza WPolsce24, Rafała Jarząbka, który pytał Annę Konieczyńską, wiceprezes Karkonoskiej Agencji Rozwoju Regionalnego, wprost: „czy nie jest pani po prostu wstyd, że te pieniądze dostali pani sąsiedzi, pani mąż, a nie powodzianie?”. Odpowiedź działaczki Koalicji Obywatelskiej tylko potwierdziła zasadność pytania Jarząbka. „A z czego wynika, że pan uważa, że powinno być mi wstyd?” – zareagowała pani Konieczyńska i z uśmiechem na twarzy odjechała samochodem.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
I właśnie ten uśmiech mówi o tej aferze więcej niż niejeden partyjny komunikat. Bo przecież można było powiedzieć: sprawa wymaga wyjaśnienia, jeśli doszło do błędów, poniesiemy odpowiedzialność. Można było okazać choć odrobinę empatii wobec ludzi, którzy po powodzi naprawdę stracili dorobek życia. Zamiast tego dostaliśmy kpinę, przekonanie o „nagonce” i pytanie, dlaczego właściwie miałoby być komuś wstyd.
Reklama
Według ujawnionych informacji 4,5 mln zł pomocy miało trafić do trzech podmiotów z jednej okolicy, w tym 200 tys. zł do firmy należącej do męża Konieczyńskiej. Wątpliwości dotyczą również tego, czy nieruchomości, których właściciele otrzymali pieniądze, rzeczywiście ucierpiały w wyniku powodzi. Sprawą zajmują się prokuratura i CBA, a kontrolę prowadzi także Ministerstwo Rozwoju i Technologii.
Gnicie
Nie chodzi więc już tylko o jedną dotację. Chodzi o coś znacznie poważniejszego: o sposób myślenia o państwie. O przekonanie, że skoro władza ma pieniądze, stanowiska i wpływy, to jakoś można sobie poradzić. A jeśli ktoś zapyta, dlaczego pieniądze zamiast do potrzebujących trafiły do ludzi związanych z lokalnym środowiskiem politycznym, zawsze można odpowiedzieć, że to „nagonka”.
Tylko że statek już nabiera wody. I coraz więcej ludzi na jego pokładzie zaczyna to widzieć. Problem w tym, że zamiast próbować zatkać przeciek, część załogi najwyraźniej zastanawia się, co jeszcze można wynieść z kajuty, zanim statek pójdzie na dno.
A wtedy żadna konferencja premiera, żadne filmiki Donalda Tuska w mediach społecznościowych i żadne rządowe „narracje” nie przekonają pasażerów, że wszystko jest pod kontrolą.
