Ireneusz Korpyś: Alicja Lenczewska zmarła w 2012 r., ale mam wrażenie, że dopiero teraz naprawdę zaczyna być odkrywana. Dlaczego właśnie dziś tak wielu ludzi do niej wraca?
Ewa K. Czaczkowska: Raczej, tak jak Pan powiedział, zaczyna ją odkrywać. Kiedy żyła, tylko niewielkie grono osób wiedziało, jak głębokie prowadzi życie duchowe i że je dokumentuje. Dopiero publikacja jej dziennika w 2016 r. sprawiła, że treść jej mistycznych rozmów z Jezusem stała się znana. Ludzie rozpoznają w jej życiu w jakimś sensie swoje życie, swoje dylematy, swoją tęsknotę za Bogiem. A Bóg przez Alicję mówi: i ty też tak możesz, ja chcę z każdym rozmawiać tak jak z nią, by pokierować i wprowadzić go na drogę zbawienia. Na popularność Alicji wpływa także to, że żyła nam współcześnie, a jej dziennik jest pisany bardzo zrozumiałym, nieegzaltowanym językiem.
Co Panią najbardziej uderzyło, kiedy po raz pierwszy przeczytała Pani jej dziennik?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Przede wszystkim jej intymność rozmów z Jezusem i to, w jaki sposób Bóg ją prowadził. Dziennik bardzo wyraźnie pokazuje to, co sam Jezus nazwał „wychowywaniem duszy”, prowadząc Alicję przez kolejne stopnie rozwoju duchowego – od poziomu zero do mistyki.
Reklama
Zanim nastąpił religijny przełom, była nauczycielką, wicedyrektorką, kobietą ciekawą świata, zakochaną w podróżach, filmie, teatrze i sztuce. Żyła wygodnie w PRL-owskim blokowisku. Czego brakowało jej w tym z pozoru pełnym życiu?
Sensu, miłości. Po pierwszym mistycznym spotkaniu z Jezusem w 1985 r. – które wywróciło jej życie do góry nogami – napisała, że wszystko to, za czym przez tyle lat tęskniła i za czym goniła po świecie, otrzymała od Niego. I otrzymała dużo, dużo więcej, niż mogła sobie wyobrazić. On wypełnił ją całą. I wtedy zmieniły się jej hierarchia wartości, struktura potrzeb, cel życia. To, czego wcześniej szukała w podróżach, nowych doświadczeniach czy kulturze, przestało być ważne. Najpiękniejszymi chwilami stały się dla niej spotkania z Chrystusem, modlitwa i Eucharystia. Zaczęła też dostrzegać sens w zwyczajności i w pomaganiu innym.
8 marca 1985 r., podczas Eucharystii na Świętej Górze w Gostyniu, Alicja przeżyła doświadczenie, które opisała słowami: „przyszedł do mnie naprawdę”. Co właściwie wydarzyło się tamtego wieczoru?
Reklama
Alicja uczestniczyła w 3-dniowych rekolekcjach dla animatorów Odnowy w Duchu Świętym. Znalazła się tam jakby przypadkowo, w zastępstwie innej osoby. Obserwując uczestników rekolekcji, myślała o tym, jak bardzo jest spóźniona na drodze duchowej. I właśnie tego dnia, 8 marca, w czasie Mszy św., po przyjęciu Komunii św., Alicji – jak opisuje – ukazał się Jezus Chrystus. Opisała to spotkanie jako niezwykle realne – bardziej rzeczywiste niż wszystko i wszyscy wokół. To było spotkanie z ogromem Miłości, której nie można porównać z żadnym innym doświadczeniem. Od tego momentu nic w życiu Alicji nie było już takie jak wcześniej. I od tego wydarzenia z Gostynia zaczyna się jej duchowy dziennik.
Była już po pięćdziesiątce i myślała o sobie jak o robotniku, który przyszedł do winnicy dopiero „o trzeciej po południu”...
W czasie tych rekolekcji, jeszcze przed spotkaniem Jezusa, Alicja podczas modlitwy prosiła Boga o słowo dla siebie. Otworzyła Biblię na przypowieści o robotnikach w winnicy i słowach: „i oni otrzymali po denarze”. Ta fraza wracała do niej wielokrotnie. Sam Jezus zapewniał ją w rozmowach: „i całą zapłatę dostaniesz”. Alicja miała świadomość swojej małości, niegodności i tego, że przyszła do winnicy Pańskiej późno. Wiele lat spędziła poza Kościołem, żyjąc nawet w sprzeczności z Bożymi przykazaniami. I kiedy pytała Jezusa, dlaczego właśnie ją wybrał, usłyszała, że była ufna i nie sprzeciwiała się woli Bożej.
Co zobaczyli ludzie wokół Alicji po jej powrocie z Gostynia?
Reklama
Życie Alicji się zmieniło, ale przecież nie od razu, to był proces. W warstwie duchowej od tej pory przez ćwierć wieku prowadziła mistyczne rozmowy z Jezusem, które zapisywała w dzienniku. To, oczywiście, miało wpływ na jej codzienność, na zmianę stylu życia, na osobowość. Alicja zaczęła codziennie uczestniczyć w Eucharystii, adorować Najświętszy Sakrament, należała do wspólnot religijnych, w jej domu zbierały się grupy modlitewne. Z mieszkania usunęła telewizor – co było bardzo symboliczne – a w jego miejscu postawiła klęcznik, bo bardzo dużo się modliła. I mocno pracowała nad swoim charakterem. Była bowiem dość oschła, a nawet szorstka, czasem porywcza czy ostra w ocenach. I powoli, jak mówiły mi osoby, które ją znały – a przede wszystkim bratowa, p. Dorota Lenczewska – Alicja się zmieniała: łagodniała, stawała się bardziej otwarta.
Popularność Alicji Lenczewskiej rośnie. W tym roku powołano w Szczecinie zespół, który ma zbadać jej życie i pisma. Czy jej fenomen dopiero się rozpoczyna? I czego może nauczyć dziś nas?
Popularność Alicji Lenczewskiej już jest fenomenem. Bardzo ważne będą wyniki prac zespołu powołanego przez abp. Wiesława Śmigla, któremu przewodniczy bp Henryk Wejman. Trzeba czekać na ich rezultat. Dzisiaj natomiast można powiedzieć, że życie Lenczewskiej uczy nas kilku ważnych rzeczy. Przede wszystkim tego, że nigdy nie jest za późno na powrót do Boga. Droga Alicji daje ogromną nadzieję tym wszystkim, którzy odeszli od Boga i Kościoła, i może czasem boją się wrócić, myśląc, że dla nich nie ma już nadziei. Człowiek może zostać skreślony przez ludzi, ale nie przez Boga. Po drugie, Alicja pokazuje, że głęboka relacja z Bogiem nie jest zarezerwowana dla duchownych czy osób konsekrowanych. Więcej, że mistyka nie jest – nie powinna być – czymś nadzwyczajnym, ale że można żyć zwyczajnym życiem, wśród codziennych obowiązków, a jednocześnie w intymnej bliskości z Bogiem. Alicja przypomina też, że każdy ma inną, własną drogę powołania. Trzeba robić swoje, ale w nieustannej łączności z Chrystusem, tam, gdzie się jest – w rodzinie, pracy, wśród codziennych obowiązków. Jak mówił mi ks. Adam Kaczmarczyk, który od lat zgłębia duchowość Lenczewskiej, jej dziennik przypomina całemu Kościołowi, że „aby dobrze działać, trzeba najpierw nie działać”. W pierwszej kolejności trzeba znaleźć czas na modlitwę, adorację, kontemplację. Myślę, że życie Alicji powinno nas też uczyć większego szacunku dla starszych kobiet, które długie godziny spędzają w kościołach na modlitwie, adoracji. Z zewnątrz może się wydawać, że prowadzą skromne życie, ale za sprawą ich cichej modlitwy mogą się dokonywać wielkie dzieła. Jedną z takich kobiet była Alicja Lenczewska.
Alicja Lenczewska. Mistyczka naszych czasów
Ewa K. Czaczkowska
Wydawnictwo: Promic
Książka do nabycia:
ksiegarnia.niedziela.pl
tel. 34 324 36 45
ksiegarnia@niedziela.pl
